2015/07/04

Recenzja #51 - Colleen Hoover „Maybe Someday”



Okładka
Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Maybe Someday
Cykl: Maybe - Tom I
Strony: 440
Wydawnictwo: Otwarte

Z Colleen Hoover spotkałam się po raz pierwszy, kiedy czytałam książkę „Hopeless”. Zapamiętałam to spotkanie bardzo wyraźnie i emocjonalnie. Książka wyryła w moim sercu każde uczucie, jakie towarzyszyło tamtym bohaterom. To samo spotkało mnie przy kolejnej części „Losing Hope” mniej przy „Szukając Kopciuszka”. Sięgając po tę książkę muszę powiedzieć, że nie wiedziałam jak mam do niej odnieść. Z jednej strony przypadł mi do gustu styl pisania pani Hoover i byłam ciekawa, jaka to interesująca historia jest zapisana na kartkach „Maybe Someday”, z drugiej zaś było o tej książce dużo szumu, wszędzie gdzie tylko nie popatrzyłam widziałam informacje o zapowiedzi. To mnie trochę odstraszało. Jednak przełamałam się i nie żałuję. Autorka znów zaskoczyła mnie swoim pomysłem na historię.

„O wiele trudniej jest wygrać walkę z własnym sercem”.
s. 171. 
 
Ten cytat idealnie opisuje to, co działo się na kartkach tej powieści, ale to tylko cząstka tego, co rozgrywa się w życiu bohaterów. Sydney Blake jest zwyczajną, prostą dziewczyną, która ma idealne życie. Studiuje i pracuje, jest zakochana w swoim chłopaku i mieszka z najlepszą przyjaciółką. Wszystko jak w przepięknej bajce, jednak wszystko zmienia się, kiedy odkrywa, że jej najwspanialszy chłopak na świecie zdradza ją z jej najlepszą przyjaciółką. W dniu swoich 22 urodzin ląduje na ulicy bez dachu nad głową gdzie z pomocą przychodzi jej sąsiad Ridge. Dziewczyna zna go tylko z widzenia, choć i tak to za duże słowo, ponieważ codziennie słuchała jego gry na gitarze siedząc na balkonie. Kiedy dochodzi do ich spotkania odkrywają, że potrzebują siebie nawzajem z mniej i bardziej ważnych powodów – łączy ich muzyka.

To właśnie muzyka gra w tej powieści kluczową rolę. Powstałe piosenki są według mnie prześliczne i prawdziwe. Traktuje je, jako dialog serca obojga bohaterów. Początkowo, kiedy zorientowałam się, że chodzi o muzykę zaczęłam się zastanawiać, czym mnie zaskoczy autorka. Jest muzyk i dziewczyna, więc muszą się w sobie zakochać. Jednak tak jak w przypadku zaskoczenia przy „Hopeless” Tutaj też miałam niemałe zaskoczenie, kiedy okazało się, że Ridge odbiera muzykę w bardzo wrażliwy i indywidualny sposób, który mnie zaintrygował i jestem tego pewna, że drugiego takiego bohatera jak on nie spotkałam w żadnej innej książce New Adult. Intrygujący. Fascynujący. Ukazujący muzykę w nowym i bardzo, ale to bardzo innym świetle. Z kolei dla mnie i Sydney nie jest bohaterką odrysowaną od schematu. To istny wulkan nie do przewidzenia emocji, jakie nią targają. Jej rozterki brały taką siłę nad moim wnętrzem, że raz targała mnie w lewą to w prawą stronę, że nie umiałam wypośrodkować tego czy tak bardzo irytuje mnie jej postać czy tak bardzo ją lubię. Otóż, kiedy się wścieka nie jest dla niej przeszkodą uderzyć kogoś trzy razy tego samego dnia. Smutek objawia się u niej w postaci łez i to ukazuje jej niesamowitą wrażliwość. W momentach, w których ona ryczała ja też miewałam taki stan. To z kolei plus dla autorki, która potrafi wywołać takie uczucia w swoim czytelniku.

„Jesteśmy tylko dwiema zagubionymi duszami przerażonymi perspektywą niechcianego pożegnania”.
s. 256.

Książka jest bardzo dobrze napisana. Historia mnie wciągnęła i powiem szczerze, że jestem nią zachwycona. Lubię takie historie. Nie mogę powiedzieć, że brakowało w tej powieści emocji, bo to nieprawda. Było ich bardzo dużo. „Maybe Someday” ukazuje, że autorka pisze także coraz lepiej. Lekkie piórko naprawdę pokazało z bardzo dobrej strony sylwetki wszystkich bohaterów, nawet tych drugoplanowych, których także darzę sympatią – Warren. Na początku strasznie mnie irytował, a potem jakoś zmieniłam o nim szybko zdanie, gdy okazało się, że on tylko takim siebie namalował, a posiada w sobie więcej uczuć niż jego jędzowata dziewczyna. W tej powieści również autorka dotknęła bardzo ciężkiego tematu moim zdaniem. I ukazanie tego w taki sposób bardzo mi się spodobało.

Historia Sydney i Ridge’a jest nierozerwalnie spleciona z muzyką, tak jak już wspomniałam uważam, że piosenki są ich dialogiem serc. Wpadają w najmniejsze szczeliny mojego serca i rozbrzmiewają na całego. Książka jak najbardziej godna polecenia. Jeśli szukacie opowieści, która was zaczaruje i zahipnotyzuje jest nią właśnie ta książka. Mogę także zagwarantować, że niebanalny wątek Ridge’a także będzie wielkim plusem przy zastanawianiu się przy półce z książkami, „co przeczytam dzisiejszego wieczoru?”

7 komentarzy:

  1. Książka stoi u mnie już na półce i cierpliwie czeka na swoją kolej do przeczytania ;) "Hopeless" mnie oczarowało i liczę na to, że z „Maybe Someday” będzie podobnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, że Ci się spodoba :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeszcze nie czytałam tej książki pani Hoover, ale muszę to zrobić jak najszybciej :)
    http://gabrysiekrecenzuje.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja w najbliższym czasie planuje jeszcze Pułapkę uczuć :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam zamiar przeczytać tę książkę. Czy słuchałaś do tego piosenek?
    Recenzja bardzo dobrze napisana :)
    www.artystycznie-poukladana.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. W sumie to nie słuchałam, ale chyba to nadrobię ^^

    OdpowiedzUsuń
  7. Wzruszająca opowieść o prawdziwej miłości !

    Zapraszam,
    http://modnaksiazka.blogspot.com/2015/09/nasze-uczucia-to-jedyna-rzecz-w-naszym.html

    OdpowiedzUsuń

Na każde komentarze staram się odpowiadać albo pod postem, albo na waszych blogach, dziękuje :*