2017/03/21

Bukiet ze słów. Rozdział 1




Lea
„Pech nie jest bezimienny,
czasami jego imię potrafi zawrócić w głowie”.

Trudno mi będzie wrócić do rodzinnego domu, ale nie czuję się dobrze w naszym małym mieszkanku na Manhatanie. Dlatego też po pogrzebie zamówiłam pierwsze wolne połączenie do domu i spakowałam walizkę, wkładając do niej tylko te rzeczy, które chce ze sobą zabrać. Następnego dnia o godzinie 16.00, na peronie Pennsylvania Station, będę czekać na pociąg, żegnając się tym samym ze swoim dotychczasowym życiem. Klucze od mieszkania zostawię dozorcy, zawiadamiając go, że resztę dobytku zabiorę w odpowiednim czasie. Mieszkanie i tak zostało opłacone przez Davida na trzy miesiące z góry. Nie musiałam się śpieszyć, a czas może okazać się dla mnie lekarstwem na ból. Usilnie chcę w to wierzyć.
Telefon zawibrował na komodzie.
Odebrałam.
– Cześć, jak się czujesz? Na pewno chcesz być dzisiaj sama? Jeśli chcesz mogę do ciebie przyjechać… – Isabel, gadała jak katarynka. Nie słucham tego, co mówi, przecież nie może być jeszcze gorzej, niż jest.
– Isabel – westchnęłam ciężko przerywając jej troskliwemu monologowi. – Rozumiem, że się o mnie martwisz, ale niepotrzebnie. Wszystko jest w porządku. On odszedł, a ja... – muszę przemóc w sobie ten ból i nie pozwolić, by załamał mi się głos. Muszę być silna. – …ja, ja muszę to przyjąć, nie mogę płakać.
– Właśnie o to mi chodzi! Ty nawet po nim nie płakałaś! Nie mogę zrozumieć, dlaczego nie pozwalasz sobie na ból! Nie wiem, co się z tobą dzieje! Lea to do cieb… – rozłączyłam się z nią, bo nie mogłam tego słuchać.
To do mnie nie podobne. Wiem. Ale nic na to nie poradzę, że sama zniszczyłam własne szczęście. Teraz nie mogę już uciec od tych wszystkich wydarzeń i muszę się z tym wszystkim uporać, sama. Wiem, że nie zasługuję na to, aby opłakiwać kogoś, kogo nawet nie byłam warta. Jednak wszystko, czego teraz potrzebuję to jego ciepło, dające mi poczucie bezpieczeństwa.
Telefon znów zawibrował, ale zignorowałam to.
Podeszłam do szafy delikatnie odsuwając drzwi, sięgnęłam na najwyższą półkę ściągając z niej białą bluzę z kaczorem Duffy na przodzie. Przytuliłam ją do siebie i powąchałam. Pachniała jego perfumami i szamponem do włosów. Była nim. Naciągnęłam ją na siebie, po czym położyłam się w łóżku po jego stronie. Wiem, że nie mogę po nim płakać, ale nikt nie zabronił mi tęsknić. Ta tęsknota będzie moją największą karą, a jednocześnie pokutą.
Z bezsilności, walcząc sama ze sobą, nawet nie wiem, kiedy zasnęłam, otulona naszymi wspomnieniami i przepięknymi słowami.

Zabieram wszystkie moje pocałunki
i każdy oddech, którego się trzymałaś.
Zabieram powitania i pożegnania,
każde dzień dobry i dobranoc.
Zostawiam samotne wschody i zachody słońca.
Zostawiam ci naszą przeszłość…

Obudziłam się nad ranem, gdy słońce dopiero zaczęło wychylać się znad horyzontu, a do moich drzwi ktoś się dobijał jakby się paliło. Podobno czasami, gdy spojrzy się poza granice horyzontu, jego widok może zaprzeć dech w piersiach. Zawsze czuję strach przed przejściem przez tę granicę i wątpię, że kiedykolwiek uda mi się przejść na drugą stronę. Zaspana otworzyłam drzwi. Przede mną stała Isabela, a obok niej równie niewyspany jak ja, jej narzeczony, Jim. Isabel była energicznie zaniepokojona.
Zmarszczyłam czoło zdezorientowana ich widokiem.
– Co się tak patrzysz zdziwiona? – Zapytała głupkowato nerwowym głosem.
– Jest piąta rano, co tutaj robicie? – Przetarłam oczy ze zdziwienia, że ich widzę. – Stało się coś?
– Widzisz Jim, pyta się, czy się coś stało? – Była wściekła. – Pyta się, czy coś się stało! – Powtórzyła nieco głośniej. – To ja się pytam, co się do jasnej cholery dzieje?!
– Isabel, skarbie, może troszeczkę ciszej – odezwał się chłopak przestraszonym głosem.
– Właśnie – przytaknęłam. – Widzisz sąsiedzi darzą mnie jeszcze jakąś sympatią, nie chce by stało się inaczej – uśmiechnęłam się lekko, rozbawiona całą sytuacją. – Wejdźcie i rozgośćcie się. Mój dom, waszym domem. Co poniektórzy mogą nawet iść spać – spojrzałam z czułością i współczuciem na Jima – a ja zaparzę kawę – śmiałam się dalej. Przykro mi było patrzeć na Jima, który pocierał oczy z niewyspania. Isabel nie ma serca, skoro ciągnęła go ze sobą taki kawałek drogi.
Weszłam do kuchni i podeszłam do szafki, z której wyciągnęłam dwa kubki na kawę. Moja przyjaciółka przyszła za mną i stanęła obok mnie patrząc jak nalewam wody do czajnika i stawiam go na palniku. Nie miałam ochoty tłumaczyć się ze swojego zachowania. Miałam prawo do tego żeby na swój sposób uporać się z tym, ale znając Isę nie odpuści tak łatwo. Uparciuch z niej i będzie drążyć temat, dopóki nie znajdzie rozwiązania, choć tak naprawdę mnie już nic nie pomoże.
– Dlaczego nie odpisałaś na żadnego mojego SMS-a? – Usłyszałam pretensję w głosie dziewczyny, która położyła dłonie na moich ramionach. – Martwiłam się o ciebie. Rozłączyłaś się ze mną, nie pozwalając tym samym, żebym dokończyła to, co chciałam ci powiedzieć – nie byłam w stanie spojrzeć jej w oczy. – Spójrz na mnie – poprosiła obracając mnie w swoją stronę.
Teraz stałam naprzeciwko niej, ale w dalszym ciągu nie mogłam popatrzeć w jej oczy. Dziewczyna westchnęła nabierając powietrza w płuca, a ja wzdrygnęłam się na samą myśl, że teraz powie mi te wszystkie słowa, które dusiła przez całą noc.
– Zanim zaczniesz swój monolog, pozwól, że ja coś powiem – wyszeptałam, a rudowłosa wlepiła we mnie swoje duże brązowe oczy, czekając na to, co powiem. – Wracam do domu – powiedziałam jeszcze ciszej mając nadzieję, że nie zrozumie tego, co właśnie powiedziałam.
– Do domu? – Jęknęła kręcąc z niedowierzania głową. – Przecież powiedziałaś, że nigdy tam nie wrócisz, nie po tym wszystkim, co cię tam spotkało. Już nie pamiętasz tego? – Mówiła bez przekonania, ponieważ doskonale pamiętam tamten dzień, o którym wspomina.
– Pamiętam – westchnęłam wzruszając bezradnie ramionami – ale co mam zrobić? Nie chcę mieszkać tutaj – rozejrzałam się po kuchni – była malutka, ale przytulna. – Nie chce patrzeć na te wszystkie ściany, meble i widok z okna. Potrzebuję zmiany, a powrót do domu wydaję się być… poprawnym rozwiązaniem w tej sytuacji.
– Wiesz przecież, że zawsze możesz przenieść się do nas. Mamy jeden wolny pokój…
– Wykluczone! Wracam do domu! – Powtórzyłam.
– To najgorszy pomysł, w całej karierze twoich głupich i niemądrych pomysłów! – Zaprotestowała. – Wracając do domu, pozwolisz na to, że twój ojciec będzie triumfować nad twoim wielkim niepowodzeniem. A co z pracą? Co z tym wszystkim, o czym… – zamilkła, bo zdała sobie sprawę z tego, co chciała właśnie mi powiedzieć.
– …o czym marzyliśmy? – Dokończyłam za nią. – To były jego marzenia – zacięłam się na moment, by się poprawić – jego i moje, ale nas już nie ma. On odszedł, a z nim wszystko inne stało się nieważne – odparłam ze spokojem. – W pracy złożyłam wymówienie, nie chcieli tego przyjąć do wiadomości, ale wiesz, że ja też jestem nieugięta w niektórych sprawach.
– Na pewno tego chcesz? – Nie była przekonana, co do mojego pomysłu.
– Jak najbardziej – zapewniłam ją, choć czułam strach na samą myśl spotkania się z ojcem, który nigdy nie rozumiał moich wyborów.
– Nie pozostało mi nic innego, jak wspierać cię mimo wszystko – pocałowała mnie mocno w policzek.
– Dziękuję, taką odpowiedź chciałam usłyszeć – przytuliłam ją mocno. – Będę za tobą tęsknić.
– Ja za tobą sto razy bardziej, kochana.

~
Dokładnie o 19.30, byłam na przystanku autobusowym w New Britain, ale wcale nie czułam, że wracam do domu. W żołądku coraz bardziej mnie ściskało, oczywiście ze strachu, a nic wokoło nie dodawało mi żadnej nadziei na to, że będzie w porządku. Sama w końcu zgotowałam sobie taki los, więc niepotrzebnie liczyłam na jakąkolwiek otuchę. Kiedy autobus zatrzymał się na dworcu, powoli podniosłam się z fotela, aby ustawić się do wyjścia i odebrania bagażu. Mogę stwierdzić tylko jedno. Nic się tutaj zbytnio nie zmieniło, może oprócz tego nowego koloru dachów dworca, który zamiast czerwonego stał się zielony. Podeszłam do bagażnika autokaru wyciągając z niej niedużą walizkę. Poprawiłam torbę, którą przerzuciłam przez ramię i ruszyłam w stronę budynku.
Ciekawe czy ktoś w ogóle ucieszy się z moich niezapowiedzianych odwiedzin pt. „Wróciłam. Możesz mówić: a nie mówiłem, że tak będzie?” Z rozmyślań i strachu przed spotkaniem ze wszystkimi w domu, wytrąciło mnie niespodziewane zderzenie, przez które zaliczyłam epicką glebę. Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że nade mną stoi młody mężczyzna, o jasnej karnacji, dobrze zbudowany.
Patrzył na mnie zdezorientowany z lekkim rozbawieniem na twarzy.
– Patrz jak łazisz i nie gap się tak, tylko mi pomóż! – Wycedziłam przez zęby zła na siebie, przez nieostrożność.
– Może powinnaś kupić sobie okulary, bo to ty we mnie wlazłaś, a nie ja na ciebie – odgryzł mi się ze słodkim uśmiechem na ustach.
– Dziękuję za cenną uwagę, rozważę tę sugestie Panie Uprzejmy-Nadęte Ego – powoli podniosłam się z chodnika, a od upadku bolał mnie tyłek. Nie rozumiem, jak można być takim chamem i nie pomóc w takiej sytuacji. – Ach, no tak! Przecież Pańskie ego już dawno pana przerosło! – Dodałam nie zważając już na to czy byłam wredna. Raczej nie powinnam się tym zbytnio przejmować i tak spłynie to po nim jak po kaczce. Ten typ tak ma. Nic go nie ruszy.
Mężczyzna nic nie mówił tylko zamrugał z niedowierzania, że usłyszał ode mnie takie słowa. Jak zwykle zgasiłam kogoś jednym zdaniem, przez co nawet nie wiedział, co ma mi odpowiedzieć. Przez to wszystko, staliśmy tak w milczeniu spoglądając sobie prosto w oczy. Jego tęczówki oczu miały kolor jasnozielony i budziły we mnie dziwne uczucia. Jakbym znalazła w nich coś, co mogłoby być dla mnie spokojem, którego potrzebuje. W równoległym wszechświecie może i by tak było.
Dziewczyno zejdź na ziemię.
Pokręciłam głową, aby przestać myśleć o jego oczach. Nasze spotkanie nie było niczym dobrym i do tego odległość między nami była zdecydowanie za bliska. Nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź z jego strony postanowiłam go wyminąć i nie wdawać się już w żadną dyskusję. Pozbierałam wszystkie swoje torby z ziemi, odchodząc od niego bez słowa.
– Moje ego w przeciwieństwie do twojego jest malutkie, jak naparstek nektaru! – Wrzasnął do mnie z jeszcze większą pewnością i ironią w głosie.
Gratuluję to zacny przytyk na poziomie. Nie doceniłam jego zdolności.
Nie odezwałam się. On zdecydowanie zasługiwał na to, by ignorować wszystkie jego zaczepki.
– Tak w gwoli ścisłości, mam na imię Brad! – Krzyknął ponownie, a ja nie mogąc dłużej wysłuchiwać jego impertynencji odwróciłam się, aby na niego spojrzeć z politowaniem.
Blondyn stał ode mnie parę metrów dalej, z tym samym szerokim uśmiechem przyklejonym na twarzy, co kilka sekund temu. Czy nikt mu nie powiedział, że wygląda jak koń?
– A, co mnie to obchodzi! – Spojrzałam na niego jak na kretyna. – Brad? Chyba chciałeś powiedzieć dziad! I żegnam. Mam nadzieję, że już się nie zobaczymy, bo jeszcze nigdy w życiu nie spotkałam, tak pewnego siebie i zarozumiałego faceta, jak ty!

1 komentarz:

Na każde komentarze staram się odpowiadać albo pod postem, albo na waszych blogach, dziękuje :*