2016/09/30

Podsumowanie miesiąca | wrzesień 2016

Cześć! Myślałam, że przez natłok spraw i obowiązków nie będę miała na czytanie i nie zaliczę września do udanego miesiąca. Jednak nie wyszło tak źle, jak przewidywałam. Co do października, to tutaj nie jestem tego pewna, ponieważ zaczynam studia. Czeka mnie naprawdę dużo pracy w tym roku. O tych planach też wam opowiem, ale już w osobnym poście z cyklu Nieidealnej. Dwie książki z wrześniowego zestawienia są przedpremierowe. Udało mi się je przeczytać dzięki praktykom zawodowym w Wydawnictwie Dreams, jeśli jeszcze go nie znacie to polecam zapoznać się z książkami. Są warte uwagi i niosą za sobą przesłanie.

A jak wasz miesiąc minął? 
Za książki serdecznie dziękuję:





2016/09/28

Recenzja #156 - Glenda Millard „Gwiazdy nad Oktober Bend”

Okładka w tej książce nie pozwala o sobie zapomnieć. Gdy raz się ją zobaczy, non stop się o niej myśli. A po jej przeczytaniu wiem jedno, tę książkę trzeba wpisać na listę do przeczytania. To nie tylko jakaś tam opowieść, to przesłanie i spojrzenie na świat pod zupełnie innym kątem. A sposób w jaki została napisana też jest inny - niespodziewany, ponieważ czytelnik jeszcze bardziej wchodzi w świat Ali, a co najważniejsze, czuje każdą emocję i uczucie, które dziewczyna przekazuje poprzez swoją poezję.

jestem alice
wciąż jestem alice
nie mniej
nie więcej
po prostu inna
alice.

Alice to bardzo wrażliwa dziewczyna, która pisze wiersze. To dzięki nim widzimy jaka jest. Jest skrytą i bardzo zamkniętą w sobie osobom. Ciężko jej nawiązać jakiekolwiek kontakty z rówieśnikami czy ludźmi, a choroba - ataki padaczki, tylko pogarszają sprawę. To także z tego powodu dziewczyna nie chodzi do szkoły. Mieszka w domu z babcią, ukochanym bratem i psem, którego uwielbia. To właśnie w takim domowym zaciszu dziewczyna spędza wieczory na dachu. To tam pewnego wieczoru dostrzega chłopaka o imieniu Manny. Na pozór zwykłego nastolatka, który nie ma żadnych problemów, a jednak... on też nosi w sobie tajemnice. Oboje zaczynają ze sobą rozmawiać i spędzać czas. Oboje się rozumieją i akceptują. Ich relacja jest po prostu piękna i bardzo realna.

Autor: Glenda Millard
Tytuł: Gwiazdy nad Oktober Bend
Seria: -
Wydawnictwo: Dreams
Strony: 255

Jak już wspomniałam ta książka jest inna. Szczerze przy niej płakałam w niektórych momentach. Może jestem bardzo wrażliwa albo ten styl, w którym została napisana tak mnie nastroił? Sama nie wiem. Otwierając książkę miałam mieszane uczucia, musiałam zrozumieć to w jaki sposób Alice opowiada swoją historię i kiedy już wsiąkłam w jej świat, utonęłam. Manny od swojej perspektywy jest całkowitym przeciwieństwem tego w jaki sposób opowiada to wszystko. Zupełnie różni się to od sposobu Alice. Ponadto bohaterowie są wielowymiarowi, przechodzą zmianę. Niektórzy mniejszą, niektórzy większą. Dotykają i poruszają bardzo ważnych spraw i rzeczy w życiu człowieka. Czym jest zaufanie i przebaczenie? Czy można zapomnieć o przeszłości i żyć normalnie? Jeszcze nigdy nie spotkałam takiej fabuły w książce, gdzie to emocje grają pierwsze skrzypce. Dosłownie.

„Gwiazdy nad Oktober Bend” to książka, która mimo wielu pytań, rodzi wiele odpowiedzi. Zmusza swojego czytelnika do tego, by przemyślał i być może zauważył coś czego wcześniej nie widział. To inne spojrzenie na niepełnosprawność, brak akceptacji ze strony innych, biedy czy zwykłego zamknięcia się w sobie z powodu jakiś różnic. Bohaterowie książki są jak gwiazdy, które lśnią i pokazują, że jeśli się czegoś bardzo pragnie można to osiągnąć. Zakochałam się w tej książce na zabój. I jeśli w jakiś sposób Was zachęciłam, to nie pozostaje Wam nic innego jak tylko samemu przekonać się o czym mówię.

Po więcej ciekawych recenzji i inspiracji zapraszam Was na stronę kobieceporady.pl

2016/09/27

[PRZEDPREMIEROWO] Recenzja #155 - Colleen Coble „Hotel nad oceanem”
Colleen Coble napisała świetną powieść z wątkiem kryminalnym, przez który nie mogłam oderwać się od czytania, jak i poprawiania książki. Czytałam ją do późnej nocy, dopóki nie skończyłam. Pewnie się zastanawiacie jak udało mi się ją tak szybko przeczytać i to jeszcze przy redakcji. Otóż odrabiam praktyki zawodowe, a „Hotel nad oceanem” swoją premierę ma w listopadzie. Cóż mogę powiedzieć...  czytam wnikliwie słowo po słowie i poprawiam.

Główną bohaterką, która wciąga nas w całą tę historię jest Claire Dellamare, która przyjeżdża do hotelu Tourmaline na wyspie Folly Shoals, by dopiąć ostatnich spraw związanych z fuzją w firmie swojego ojca. Odkąd dziewczyna pojawiła się w tym pięknym i urokliwym miejscu, wszystko co mogła uważać za poukładane w swoim życiu, zaczyna się zmieniać. Claire czuje, że jest jakoś związana z tym miejscem i w końcu drążąc temat dowiaduje się, że w 1989 roku zaginęła podczas swoich czwartych urodzin na rok. Nikt z najbliższych nie wiedział co się z nią działo i kto się nią opiekował, a ona sama wyparła te straszne wydarzenia z pamięci. Jakby tego było mało, to zaginięcie jest powiązane z niewyjaśnionym zniknięciem matki Luke'a Rocco, którego poznała, gdy chłopak opiekował się małą zranioną orką.

Autor: Colleen Coble
Tytuł: Hotel nad oceanem
Seria: Nad zatoką (tom 1)
Wydawnictwo: Dreams
Strony: 
Premiera: listopad 2016

Muszę przyznać, że autorka napisała naprawdę świetną historię, która jest wielowątkowa. Niektóre rzeczy faktycznie są do przewidzenia, ale inne są jak taki królik z kapelusza. Wyskakują w najmniej oczekiwanym momencie. Claire wraz z Lukiem postanowiła odkryć prawdę i to co udało im się ustalić, było tylko początkiem katastrofy. Gdy ta dwójka zaczęła węszyć i policja znalazła jedno ciało, a potem drugie, spokój uleciał. Podobało mi się to, że bohaterowie są różnorodni i nie można ich rozgryźć na początku książki. Każdy z nich skrywa jakąś tajemnice i dylematy, o których boją się mówić. Claire jest silna i zdeterminowana. Wie czego chce, widzi, że jej rodzina skrywa tajemnice i chce, by jej pojedyncze wspomnienia nie były brane poważnie przez nią samą. Te wszystkie rzeczy, o których mówię składają się na zakończenie, którego się nie spodziewałam. Przeczuwałam coś innego, a tu proszę taki wątek. I to najbardziej przykuwa uwagę, to jakie jest rozwiązanie. Zagadki morderstw, wymazania pamięci i zaginięcia Clarie. Wszystko układa się w piękną całość.

Czy polecam Wam „Hotel nad oceanem”? Tak. Jeśli lubicie wątki kryminalne, trochę tajemnic i dreszczyk niepokoju. Książka jak znalazł dla fanów tej literatury. I muszę się do czegoś przyznać... Nie przepadam za kryminalnymi zagadkami, często mnie męczą swoją przewidywalnością, a tutaj miła odmiana i zaskoczenie!

Dziękuję Wydawnictwu Dreams, bo to dzięki niemu mogłam przeczytać tę książkę!










okładka: http://dreamswydawnictwo.pl

2016/09/26

Recenzja #154 - Małgorzata Garkowska „Układanka z uczuć”

Ostatnimi czasy daję szansę polskim autorom. A po przeczytaniu „Układanki z uczuć” , stwierdzam, że Polacy nie gęsi i dobrych pisarzy mają. Na pozór zwykła historia, którą czyta się lekko i bez większego wysiłku. Cieszę się, że mogłam ją przeczytać, coś jest w tej książce, co nie pozwala by ot tak o niej zapomnieć...

Książka opowiada historię Agnieszki i Pawła, których życie nieco się skomplikowało. I oczywiście mogłoby się wydawać, że to jest kolejna książka, przy której idzie nam się zasłodzić. Jednak tak naprawdę ta bajka ma zupełnie inną puentę. To nie Kopciuszek czy Śnieżka, to zaskakująca opowieść. W tej książce każdy z bohaterów, według mojej oceny bardzo dobrze przemyślany. Agnieszka jest trochę bez wyrazu, widać, że czegoś jej brakuje. Być może znudzona życiem, nic ją nie cieszy. A małżeństwo, w którym trwa, powoduje, że ma wrażenie, iż jest to jakaś farsa i wielkie nieporozumienie... Z kolei Paweł to lekkoduch i nie widzi w niczym problemu. Tak jakby uważał, że na wszystko mu wolno. Zupełnie dwie odmienne osobowości, które mimo wszystko się dopełniają. A ja lubię takie skomplikowane charaktery i zachowania ludzkie. To pokazuje, jak autor doskonale przemyślał swoją historię i wie o czym pisze.

Autor: Małgorzata Garkowska
Tytuł: Układanka z uczuć
Cykl: -
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Strony: 327

Dlaczego tak bardzo „Układanka z uczuć” mi się spodobała? Otóż dawno szukałam powieści, która będzie trochę przewidywalna, ale i zaskakująca. Nie za słodka, ale i nie gorzka. Która pokazuje ludzkie zachowania takimi jakie są i jak czasem ciężko jest się nam zmierzyć z problemami, które są nam rzucane pod nogi jak kłody. Mało tego, kiedy mnie osobiście wydawało się, że już nie można historii bardziej skomplikować, działo się tak że życie tej dwójki coraz bardziej miało pod górkę. Autorka w piękny sposób pokazuje jak człowiek reaguje na zdradę, czym jest upokorzenie i bezsilność. „Układanka z uczuć” w niebanalny sposób nakreśla nam szczęście, i że ma ono nie jedno imię i zawsze gdzieś jest. Taka wiara, która zaszczepia się w naszych sercach i kiełkuje. Uwielbiam zaczytywać się w takich książkach, zwłaszcza, że przed nami jesień i przydałoby się takich powieści jeszcze więcej. Oczywiście ja tutaj o samych zagmatwaniach w fabule i zastanawiacie się czy cokolwiek się wyjaśniło. Oczywiście, że tak i takiego zakończenia się spodziewałam.

Podsumowując, polecam „Układankę z uczuć”. To świetny debiut literacki. Warto sięgnąć po tę książkę mimo że jest to na pozór zwyczajna obyczajówka. Książka idealna na jesienne wieczory, przy herbacie w domowym zaciszu. Gwarantuję, że można przy niej odpocząć i wiele wynieść jeśli szuka się jakiejś głębszej refleksji.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

2016/09/24

Recenzja #153 - Demet Altınyeleklioğlu „Tajemnice dworu sułtana. Hurrem słowiańska odaliska. Księga I”

Wspaniałe stulecie to serial, który skradł moje serce od pierwszej chwili, kiedy go zobaczyłam. Zakochałam się w tamtym świecie. Pięknych sukniach i koronach sułtanek. W tych wszystkich intrygach i władzy, która ukazywana jest brutalnie. Książki z tej serii to dla mnie wisienka na torcie, bo nie muszę się rozstawać z moimi ulubionymi bohaterami. A sułtanka Hurrem? Jest moją ulubienicą.

„Tajemnice dworu sułtana. Hurrem słowiańska odaliska. Księga I” to początek przepięknej miłości sułtana Sulejmana do rudowłosej Aleksandry, która pochodzi z Rusi. Dziewczyna została porwana i sprzedana i trafiła do domu chana krymskiego, gdzie pewna staruszka przepowiada jej wspaniałą przyszłość. Oczywiście dziewczyna z początku nie może uwierzyć w te zapewnienia. Do czasu, kiedy zostaje wysłana jako prezent dla sułtana Sulejmana. Tam cała historia rozkwita i nowe życie Aleksandry szybko się zmienia... Od pierwszej chwili, gdy ujrzała sułtana pragnie zdobyć jego serce, ale i nie tylko. Niestety, nie przychodzi jej to tak łatwo, ponieważ nie każdy jest jej przychylny, a w haremie mieszka z innymi podobnymi do siebie dziewczętami, które marzą o tym samym. Co zrobiła piękna rudowłosa odaliska? Co jest w stanie poświęcić by zyskać uznanie i zostać zapamiętaną?

Autor: Demet Altınyeleklioğlu
Cykl: Tajemnice dworu sułtana (tom 1)
Seria: Wspaniałe stulecie
Wydawnictwo: W.A.B
Strony: 430

Powiem szczerze, że jestem zaskoczona w pozytywny sposób tą historią. W sensie, że została ona przedstawiona w ten sposób. Faktycznie troszkę różni się ona od serialu, ale jak wiadomo zawsze znajdą się jakieś drobne różnice. Sułtanka Hurrem od samego początku pokazuje na co ją stać i jaki jest jej charakter. Nie pozwala sobie na złe traktowanie i sama stara się walczyć o siebie. Z resztą od zawsze tak było. Co jest niezmienne? Jej miłość do Sulejmana. Piękna i prawdziwa. On nią zauroczony, zrobi dla niej wszystko. I co najfajniesze, że księga I kończy się tak naprawdę na tym, że rudowłosa jest w ciąży i to dopiero kolejna część pokaże jakie będą jej prawdziwe stosunki z Gulbahar (znanej jako Mahidevran).

Książka na pewno ucieszy fanów rudowłosej piękności, jak i całej tej otoczki Imperium Osmańskiego. Panowanie Sulejmana Wspaniałego było bowiem najbardziej udanym rządem sułtana w tej dynastii. Złoty wiek. Myślę, że książka kryje w sobie kilka tajemnic, które być może w pewien sposób zostały pominięte w serialu. To cudowne odświeżenie, ale i dowiedzenie się czegoś więcej.
„Tajemnice dworu sułtana. Hurrem słowiańska odaliska. Księga I” jest napisana językiem lekkim i prostym. Wszystkie niezrozumiałe dla nas słowa posiadają przypisy, więc z rozszyfrowaniem też nie ma większego problemu. Ja książkę pochłonęłam w niecałe dwa dni i powiem szczerze, że czaję się na drugi tom, ponieważ na horyzoncie szykuje się III część tym razem opowieść o sułtance Mihrimah. Córki sułtana Sulejmana i Hurrem.







2016/09/22

[PRZEDPREMIEROWO] Recenzja #152 - Kristy Woodson Harvey „Droga Karolino...”
Niektóre książki potrafią nas rozbawić do łez. Jeszcze inne nie pozostawiają po sobie nic i bardzo szybko o nich zapominamy. Jednak są i takie powieści, które mimo lekkości czytania, niepostrzeżenie zasiewają w czytelniku ziarenko niepokoju. To właśnie dzięki niemu wciąż wracamy do wydarzeń w książce. Ta lektura zapadła mi w pamięć i gdybym miała ją opisać kilkoma słowami by zachęcić kogokolwiek do przeczytania, powiedziałabym: nie mogę wyrzucić jej z głowy.

„Droga Karolino...” to przepiękna debiutancka książka, która mówi o miłości i poświęceniu dwóch matek - biologicznej i adopcyjnej. Powieść napisana w formie listów do małej dziewczynki, listów, które wyjaśniają wszystko i są odpowiedzią na każde pytanie, które może zadać w przyszłości.

„Nigdy nie możesz mieć wokół siebie zbyt wielu osób, które cię kochają”.

Frances „Khaki” Mason ma wszystko. Kochający dom, udaną pracę jako projektantka wnętrz, kochającego męża Grahama i syna Alexa. Mimo tylu wspaniałych rzeczy i ludzi, którzy ją otaczają, kobiecie brakuje tego by jej dom był pełen dzieci. Mimo usilnych starań z mężem nie mogą powiększyć swojej rodziny. W tym czasie, w rodzinie Masonów pojawia się Jodi - 19-letnia dziewczyna, która mimo swojego młodego wieku przeszła bardzo wiele. Przychodząc właśnie do Khaki, prosi ją o pożyczenie pieniędzy na aborcję. Kobieta nie może uwierzyć w to co słyszy i postanawia porozmawiać z nią na ten temat. Opowiada o tym, co ją spotkało w życiu po śmierci pierwszego męża i jak ciąża z synem Alexem była darem od Boga. Jodi po rozmowie i zapewnieniach Khaki postanawia urodzić dziecko.

Autor: Kristy Woodson Harvey
Tytuł: Droga Karolino...
Cykl: -
Wydawnictwo: Dreams
Strony: 384
Premiera: 03.10.2016

Rozdziały w książce napisane są naprzemiennie. Raz czytamy historię z perspektywy Khaki, a raz z Jodi. Obie kobiety kochają dziewczynkę całym serce. Widać też, że każda boryka się z innym problemem, mimo że ich wspólnym interesem jest dobro córeczki. Otóż biologiczna matka stoi przed poważną decyzją oddania dziecka, gdzie ta druga - adopcyjna boi się o to, że kiedyś Jodi zmieni swoją decyzję. Książka jest przepiękna. Pokazuje bardzo poważne sprawy, które zmieniają całe nasze życie jak i osób, które żyją obok nas. Każda z tych kobiet na swój sposób przeżywała to wszystko co się działo w ich wspólnym życiu.

Kristy Woodson Harvey wlała naprawdę wiele miłości do swojego debiutu. Postarała się i zasiała w moim sercu te emocje, które długo we mnie żyją i często wracam myślami do powieści, która tak mnie poruszyła. Myślę, że pióro autorki jest lekkie i forma listów jest bardzo dobra w odbiorze. Myślę, że fani opowieści - zwłaszcza wartościowych z jakimś głębszym przesłaniem odnajdą się w lekturze w ciągu jednego długiego jesiennego wieczora z kubkiem kakao. Polecam!

Dziękuję Dreams Wydawnictwo za udostępnienie książki do recenzji!

2016/09/18

Recenzja #151 - Sabaa Tahir „A Torch Against the Night (An Ember in the Ashes #2)”
Rok temu pierwszy tom serii An Ember in the Ashes pozostawił mnie w ciężkim szoku i niedowierzaniu. Muszę przyznać, że drugi tom to nie miazga, tylko kosmos. Armagedon! Rzadko zdarza mi się czytać książki w języku angielskim, ale to była książka z pozycji must have, czyli umrę jak nie przeczytam teraz. Ta moja zachcianka spowodowała, że Sabaa Tahir mnie zrujnowała. Brak mi słów, a przecież chcę Wam trochę opowiedzieć o tej cudownej książce. Mam nadzieję, że szybko pojawi się w polskim tłumaczeniu. Zwłaszcza, że oceny na GR to 4.4, a Amazonie 4.5.

Nie spodziewałam się, że tak bardzo będę przeżywać to wszystko co się zadziało w tej książce. Kiedy zaczęłam ją czytać myślałam, że jest nawet spoko, nie drastycznie, ale szybko zmieniłam zdanie. Czułam ten oddech śmierci na szyi, a przecież ścigał Laię i Eliasa. Do tego trzeba powiedzieć o nowych umiejętnościach, kompetencjach każdego z bohaterów. Demony, przeróżne historie - matko fabuła dopracowana w najmniejszym szczególe. Aż samemu chciałoby się stanąć w tamtym świecie i zobaczyć to wszystko z bliska. A co daje nam dobrze zbudowana fabuła? Dreszcz, mnóstwo emocji, czasem bardzo sprzecznych ze sobą.

„Dopóki walczysz z ciemnością, stoisz w świetle”

Książka rozpoczyna się tam gdzie zakończyła się pierwsza część. Towarzyszymy Lai i Eliasowi podczas ucieczki. Mają oni bowiem cel który sobie postawili. Chcą wydostać brata Lai z więzienia Kauf. Oczywiście nic nie jest takie proste, ponieważ ścigają ich żołnierze Komendantki. Jak wiemy jest to matka Eliasa. Do tego wszystkiego Helena, która była dla mnie ogromnym zaskoczeniem w pierwszym tomie ma nowego przywódcę Imperium - Marcusa. Dziewczyna by udowodnić swoją lojalność, ale siłę i determinację postanawia wyruszyć w misję... 

Autor: Sabaa Tahir
Tytuł: A Torch Against the Night
Cykl: An Ember in the Ashes #2
Wydawnictwo: Razorbill
Strony: 464

Tempo fabuły jest dobre. Nie za szybkie, nie za wolne. Plusem dla mnie też jest to, że chemia miedzy Laią i Eliasem nie jest jakaś szybka. Ale jest nieco bardziej widoczna. Elias w pierwszym tomie był bardziej wycofany. Tutaj spotykamy mężczyznę, który pokazuje swoje oddanie i przede wszystkim uczciwość. Liczę na to, że to co się wydarzyło pod koniec tomu jakoś się odwróci. Co warto też zaznaczyć? Otóż tak samo jak Helena, Elias walczy z własnymi demonami. Jeśli chodzi o Laię byłam troszkę zdziwiona jej zachowaniem. Niekiedy silna, a czasem tyle błędów za jednym zamachem. Jednak coś w tym było, bo dziewczyna nie straciła swojego charakteru. Mimo błędów potrafiła się otrząsnąć, popatrzeć na coś krytycznym okiem i zadziałać. Helena. Rozdziały z jej perspektywy spowodowały, że polubiłam ją trochę. Autorka stawiając na rozdziały z jej perspektywy pokazała, że i ona przechodzi przez piekło. To co sama sobie postawiła przed sobą także pozostawia wiele do życzenia. Walczy sama ze sobą i pokazuje jak jej uczucia zostały wystawione na próbę. Jestem ciekawa jak jej postać pójdzie dalej.


Sama też nie wiem czy mogę coś więcej zdradzić, bo ta książka jest jak tykająca bomba. Podobała mi się bardzo. Dla mnie seria An Ember in the Ashes to najlepsza seria jaką kiedykolwiek w życiu przeczytałam. Pokochałam tę książkę jeszcze bardziej. Plusy to: dreszcz emocji, zwroty akcji, bardziej widoczne uczucia ze strony bohaterów, które się czuję tak, że można zwariować. Ponadto rozdziały z perspektywy Heleny i jej walka ze samą sobą. Nie spodziewałam się, że ta książka będzie aż tak dobra. W końcu bardzo często się zdarza, że drugie tomy są rozczarowujące. Sabie Tahir udało się wyłamać z tego stereotypu. Teraz tylko przyszło nam czekać na polskie wydanie, które oczywiście chce mieć na swojej półce. Ponadto autorka pisała o tym, że wydawnictwo zamówiło u niej kolejne tomy 3 (2018) i 4 (2019).

2016/09/14

Recenzja #150 - Colleen Hoover, Tarryn Fisher „Never Never”

Utrata pamięci potrafi być zgubna. Zwłaszcza gdy historia tylko z pozoru wydaje się być prosta. Tak naprawdę czytelnik wpadając w taki a nie inny wir wydarzeń jest skazany na szukanie odpowiedzi na własną rękę. Czytając „Never Never” ma się wrażenie, że odłożenie tej książki jest możliwe. I nie wrócenie do niej za szybko. Cóż za zgubna myśl... Uwierzcie mi. Nie da się zostawić tej książki na długo. Za dużo pytań i za mało odpowiedzi. Za dużo śladów, za mało dróg by odnaleźć właściwy kierunek.

Autorki Colleen Hoover oraz Tarryn Fisher są mi bardzo dobrze znane. Ta pierwsza skradła mi serce pierwszą swoją książką - „Hopeless”, a drugą - „Maybe Someday”. Z kolei Tarryn Fisher jest dla nowością po przeczytaniu pierwszego tomu z serii Mimo moich win. Ale od razu ją pokochałam. Czy obu autorkom wyszła ta powieść. Czy jest tak samo piękna a zarazem łamiąca serce? Czy tak samo mamy tutaj problem z zaufaniem i kłamstwem? Co takiego sprawia, że „Never Never” jest warte uwagi? Otóż w sposób w jaki została napisana już pokazuje, że różni się ona od poprzednich książek, które ma na swoim koncie pani Hoover.

Autor: Colleen Hoover, Tarryn Fisher
Tytuł: Never never
Cykl: Never never (tom 1-3)
Wydawnictwo: Otwarte
Strony: 300

Głównymi bohaterami opowieści są Charlie i Sailas, którzy pewnego dnia tracą pamięć. Nie pamiętają nic. Kim są, gdzie się znajdują. Nie pamiętają rodziny i miejsc, w których bez zwątpienia przebywali. Oczywiście by nie pokazać nic po sobie grają dobrą minę do złej gry i przed resztą udają, że wszystko jest w porządku. Oboje tych bohaterów postanawia dowiedzieć się co się stało i ustalają powoli kim są. Trafiają na ślad swojej przeszłości i nią podążają i co najlepsze my czytelnicy myślimy sobie, że w końcu może dostaniemy jakąś odpowiedź, a tu nie... Chciałoby się i kolejny zwrot akcji. Powiem szczerze, że czytałam książkę z wielkim zaciekawieniem. Nie sposób było się oderwać od czytania i zająć czymkolwiek innym. Zwłaszcza, że emocje są nam tak dawkowane, co powoduje, że nie jest się w stanie zostawić czegoś w połowie.

„Never Never” to takie połączenie miłości od Hoover i kłopotów od Fisher. Myślę, że obie autorki nieźle się uzupełniły. I można zauważyć kto nad czym pracował i dlaczego ta książka jest tak dobra. Nic nie jest pomieszane, ale dobrze przemyślane, a sami bohaterowie są bardzo dobrze zbudowani - realnie. Nie brakuje im niczego. Sami też nie jesteśmy pewni, jak postąpią i co zrobią. Mimo że nic nie pamiętają niekiedy wkurzają ich pewne sprawy i prawda, która wychodzi na jaw. To sprawiało mi największą frajdę. Czułam emocje. Wulkan emocji. Jedynie co mnie troszkę rozczarowało to zakończenie po dwóch świetnych częściach ta trzecia była dobra, ale końcówka zawiodła z deka.

Ta powieść pozostawi czytelnika w lekkim szoku i niedosycie. Nie wiadomo co się wydarzy i nie wiadomo co tak naprawdę się przydarzyło. Książka idealna dla fanów twórczości Colleen Hoover i tej mniej znanej, ale dobrze zapowiadającej się Tarryn Fisher. „Never Never” to kolejna książka, która rozbiła moje wnętrze na kawałki, pozostawiając w szoku. Lubię książki, które trzymają w niepewności, pokazują najbardziej skryte uczucia bohaterów. Takie, które są o miłości, która potrafi być różna.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję księgarni Taniaksiazka.pl

2016/09/09

Recenzja #149 - Katie Alender „Od złej do przeklętej”

„Od złej do przeklętej” to dużo słabszy tom. Spodziewałam się czegoś lepszego. Czegoś co podtrzyma moją ekscytację z pierwszego tomu. A warto zaznaczyć, że ja i horrory to nie ta sama bajka. Autorka średnio sobie poradziła, być może za dużo chciała umieścić i wyszło po środku bez efektu WOW. Przyznaję, że mimo słabego drugiego tomu, wyczekuję trzeciego - „Bardziej martwa być nie może”, którego premiera przypada na 24 listopada 2016 r.

Kasey w końcu może opuścić ośrodek, w którym była na terapii. Jej powrót do nowego otoczenia po tych wszystkich złych doświadczeniach nie jest taki prosty. Ciężko sobie nawet wyobrazić jak ciężki może być powrót do tego samego życia gdzie wszyscy tylko na to czekali, a my sami odczuwamy strach i nie wiemy co będzie dalej. Ale wraz z powrotem siostry Alexis znowu wpada w kłopoty. Czy tak samo duże jak ostatnio? Oczywiście Alex chcąc dowiedzieć się czegoś decyduje się wraz ze swoją przyjaciółką Megan wstąpić do klubu „Promyczek”, by mieć oko na swoją siostrę. Czy to zwiastuje kolejne kłopoty? A może to zwykłe przewrażliwienie?

Autor: Katie Alender
Tytuł: Od złej do przeklętej
Cykl: Złe dziewczyny nie umierają (tom 2)
Wydawnictwo: Feeria Young
Strony: 452

Jeśli chodzi o bohaterów to widać tutaj, że Alexis się zmieniła. Nie jest już dziewczyną, z którą nikt się nie liczy, uważa za dziwoląga. Zmieniła swoje podejście do większości spraw, tym szkoły. Jednak kiedy jej siostra wróciła do domu znowu tak jakby wszystko wywróciło się do góry nogami. Otóż nie mają ze sobą dobrego kontaktu. Alex stara trzymać się na dystans. I oczywiście jest to zrozumiałe, bo obie przeszły naprawdę wiele, jednak to wszystko to tylko przedsmak tego co się wydarzyło. I uważam to za plus. Niestety brakowało mi w tym tomie tych emocji, które towarzyszyły mi przy pierwszym. Wszystko znikło i pękło jak bańka mydlana. Miałam wrażenie, że autorka zapomniała jak buduje się dobre napięcie. W poprzednim tomie czuło się niepewność i strach. Nie byliśmy przygotowani na niektóre sytuacje. Może tak się stało przez to ile informacji chciała nam przekazać pani Alender. Ciężko stwierdzić.

„Od złej do przeklętej” to słabszy tom od swojego poprzednika, ale nie skreślam tej serii na straty. Bardzo często mówi się, że drugie tomy są dużo gorsze, ponieważ są po środku i trzeba czekać na kolejny by wszystko się wyrównało. Daję szansę i czekam cierpliwie. Historia bez wątpienia jest ciekawa i inna. Trochę brakuje w niej niepewności i strachu, ale innymi rzeczami też nadgania. Nie polecam ani nie odradzam. Każdy musi podjąć decyzję sam. Ja mimo wszystko spędziłam przyjemnie czas i liczę, że finałowy tom - „Bardziej martwa być nie może” zrekompensuje mi wszystkie straty.


Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Księgarni PanTomasz.pl!

2016/09/07

Zapowiedź książki „Od złej do przeklętej”
Autor: Katie Alender
Tytuł: Od złej do przeklętej
Cykl: Złe dziewczyny nie umierają (tom 2)
Wydawnictwo: Feeria Young
Strony: 456

Opis: Alexis jest ostatnią dziewczyną, po której można by się spodziewać, że zaprzeda czemuś swoją duszę. Ma wszystko, czego potrzeba do szczęścia – cudownego chłopaka, prawdziwą przyjaciółkę i ukochaną młodszą siostrę Kasey, odzyskaną po opętaniu przez złego ducha. Kiedy więc Kasey nawiązuje nowe znajomości, angażując się w działania pewnego klubu, Alexis jest przeszczęśliwa. Wydaje się, że przyjaźnie są właśnie tym, czego potrzebuje jej siostra. Członkinie klubu doświadczają jednak zadziwiającej metamorfozy, z nietowarzyskich dziwadeł przeistaczają się z dnia na dzień w przebojowe modniachy. Kto wie, co się za tym kryje? Czyżby Kasey znalazła się znów w niebezpieczeństwie? Jest tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać – Alexis i jej najlepsza przyjaciółka Megan decydują się wstąpić do klubu. Tylko czy to jest na pewno właściwa droga do celu?

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Księgarni Pantomasz.pl



źródło: opis, okładka/pantomasz.pl

2016/09/04

Recenzja #148 - Katy Colins „Biuro podróży samotnych serc. Kierunek Tajlandia”

Każdy w swoim życiu miał taki czas, że coś poszło nie po naszej myśli i los po prostu zmienił wszystko co wydawało się być dla nas solidną podporą i oparciem. Co zrobić gdy życie zmienia się w ciągu jednej sekundy? „Biuro podróży samotnych serc. Kierunek Tajlandia” to książka, która pokazuje, że choć jedno się kończy zawsze można znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. Oczywiście można płakać nad rozlanym mlekiem. A co jeśli spakujemy plecak i wyruszymy w podróż by odnaleźć siebie? To w końcu też jakieś rozwiązanie...

Przed takim wyborem stanęła właśnie tytułowa bohaterka książki Georgia, która za namową przyjaciółki zrobiła listę potrzebnych rzeczy, spakowała plecak i wyruszyła w podróż do Tajlandii. Skąd taka nagła decyzja? Kobietę tuż przed ślubem zostawił narzeczony. Mężczyzna jej życia - tak jej się wydawało. Jednak on nie był taki bez winy, ponieważ zdradzał ją od dłuższego czasu. To nie tylko odwołany ślub sprawił, że Georgia postanowiła zawalczyć o siebie i o swoje marzenia. Strata pracy czy brak zaufania ze strony innych, którzy twierdzili, że to głupi pomysł pomogło jej w podjęciu odpowiedniej decyzji. Czy wyjazd do Tajlandii był tym czego spodziewała się bohaterka? Czy może pomysł z porzuceniem dotychczasowego życia i problemów było głupotą?

Autor: Katy Colins
Tytuł: Biuro podróży samotnych serc. Kierunek Tajlandia
Cykl: Biuro podróży samotnych serc (tom 1)
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Strony: 301

Muszę przyznać, że książka mnie zaskoczyła. Mimo że jest to prosta książka, która pomaga nam się zrelaksować po ciężkim dniu w pracy czy szkole. Georgia jest bohaterką, która uczy się na swoich błędach. Nie będę owijać w bawełnę. Pewne sytuacje, które ją spotkały wynikały po prostu z jej naiwności i wiary w nieznajomych? Jednak to ma swój urok i po prostu kroczymy razem z nią i chcemy dowiedzieć się co się jeszcze wydarzy i jak potoczy się jej wyprawa do Tajlandii. Jedno co mnie zasmuciło i brakowało mi tego to opisu samego kierunku podróży. Liczyłam na coś co przykuje moją uwagę - być może zaciekawi. Niestety. Tutaj spotkało mnie rozczarowanie.

Podsumowując „Biuro podróży samotnych serc. Kierunek Tajlandia” to książka o szukaniu własnego miejsca na ziemi. To zmiana swojego życia, po trochu spojrzenie na pewne sprawy z dystansu. Lekkie pióro pozwala na to by książkę przeczytać w jeden wieczór. Jeśli ktoś szuka prostych i zabawnych historii myślę, że książka was nie zawiedzie. Nie znajdziecie może oryginalnej i innej fabuły. Być może jest to oklepany temat, ale kto powiedział, że to co nam znane może nie być dobre?

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska!