2015/11/13

OUTCAST. TOM I. Rozdział 1

Dziękuję za wszystkie miłe słowa na temat prologu i chęci dalszego czytania tej opowieści. Postaram się Was nie zawieść i stanę na wysokości zadania aby ta historia nie straciła swojej duszy i serca!

Okładka [mojego autorstwa]



Rozdział 1 

Szukając przeznaczenia czasem ciężko jest znaleźć odpowiednią z dróg. Zazwyczaj jest ono błogosławieństwem. Jednak trzeba pamiętać o tym, że trzeba podchodzić do wszystkiego z głową i trzymać rękę na pulsie. Przeznaczenie może nosić różne imiona. Sztuką jest by to odpowiednie znaleźć dla siebie. Czy jesteś na to gotowy? 

Zapomnieć o tym co jest złe, zapomnieć o wszystkim. Chciałoby się. Ale co do ucieczki tak jak sobie zaplanowałam, tak zrobiłam. Wymknęłam się z budynku i o dziwo było to prostsze niż odebranie dziecku lizaka. Z drugiej strony patrząc na siebie i swój charakter, to czy kiedykolwiek coś mi się nie udało? No właśnie. Sprawę ułatwiła mi pani Anastasia, bo zapomniała zamknąć drzwi z tyłu budynku, które bezpośrednio prowadzą na podwórze ośrodka. Z uśmiechem wdrapałam się na płot i zrzuciłam na chodnik torbę. Z tym nigdy nie miałam problemów, nie zapomniałam jak się chodzi po drzewach i innych wyższych kondygnacjach. Będąc łobuziarą za młodu robiło się różne głupstwa. Oczywiście mam tu na myśli te małe I te duże. Widocznie ta umiejętność nie zaniknęła. Zeskoczyłam na chodnik spoglądając po raz ostatni na budynek. Czy będę za nim tęsknić? N i g d y. Mimo że to mój jedyny dom jaki znam, w którym się wychowałam. Całe moje dzieciństwo, aż do teraz. Skoro czuję się tam źle i tak czy inaczej będę musiała z stamtąd odejść, to nie muszę chociaż czekać - mogę zrobić to o wiele szybciej - jak oderwanie plastra, raz zapiekło i po bólu. 
Zarzuciłam torbę na ramię poprawiając ją, następnie sprawdziłam jeszcze kieszonkę, w której miałam ostatnie oszczędności, które udało mi się zgromadzić w ciągu ostatnich miesięcy. Musiałam dostać się do centrum Chicago. Ta okolica nie była bezpieczna, w sumie żadna nie była o tej godzinie. Niestety albo stety, można odbierać to jak się chce. Jestem osobą, której jeśli wpadnie jakiś szatański pomysł do głowy w stylu: Niby ja nie mogę?”, to nic mnie od tego pomysłu nie odwiedzie. Można być pewnym jest, że prędzej czy później i tak to zrobię. 
Błądziłam po ulicach, niby wiedziałam gdzie mam się dostać, ale jednak jakoś brakowało mi większego pomysłu. Spojrzałam na zegarek 19:39. Pomyśl życzenie Eveline, to twoja szczęśliwa godzina. Zawsze o tej samej porze myślałam o marzeniach lub życzeniach, w które swoją drogą nie wierzyłam: „Niech się wydarzy coś pozytywnego, cokolwiek. Proszę. Kiedy przejdzie zielony samochód panie z domu dziecka nie zauważą, że uciekłam”. Skręciłam w uliczkę kierując się w stronę przejścia dla pieszych. Zatrzymałam się na moment przy słupie ogłoszeniowym. Może jakiś szatański pomysł, który pomógłby mi przetrwać noc? Zerknęłam na ogłoszenia: Oddam szczeniaki w dobre ręce, wynajmę mieszkanie, szkoła, bla, bla bla, bl... o czekaj wróć: 

 „Poszukujemy pomocy domowej od zaraz! Prosimy zainteresowanych o kontaktowanie się na podany numer telefonu u dołu ogłoszenia. Wynagrodzenie do ustalenia”. 

-I d e a l n i e. 
Uśmiechnęłam się szeroko, gdyby było aktualne, o nic nie musiałabym się martwić. Kilka dni i też bym stamtąd uciekła. 
Wyciągnęłam swój starożytny telefon. Cegłę i nacisnęłam kilka guzików żeby wystukać numer telefonu. Nigdy nie byłam zwolenniczką nowszych technologi, a mój telefon z prehistorii był mi wierny jak pies, nigdy się nie psuł, nie stwarzał problemów. Nacisnęłam zieloną słuchawkę i przystawiłam aparat do ucha. Usłyszałam sygnał połączenia. Jedno, drugie i ktoś odebrał.  
-Tak słucham - jego głos był zachrypnięty, to był mężczyzna. 
-Dobry wieczór, wiem, że jest już późna godzina mimo wszystko, ale ja dzwonię w sprawie ogłoszenia - wyjaśniłam. 
Nikt nie odpowiadał, a serce waliło mi jak młot. 
-Halo? - szepnęłam zdezorientowana ciszą. - Czy ogłoszenie jest aktualne? - szepnęłam z nadzieją w głosie. 
-Tak, czy możemy umówić się na spotkanie żeby porozmawiać o ewentualnym zatrudnieniu? - spytał, po czym dodał po chwili - jeszcze takie małe pytanie, ile masz lat, przepraszam, pani? 
-Mam skończone osiemnaście - skłamałam - czy to nie będzie problem?  
-Masz teraz czas? - zaśmiał się. - Sprawa jest dość pilna.   
-Oczywiście. 
W końcu nie miałam nic do stracenia, a jego głos był słodki. Zaufałam mu. A ja nikomu nie ufam. 
-Podam ci adres i czekam na ciebie w domu - powiedział zdecydowanie - możemy dzisiaj porozmawiać na temat ewentualnego zatrudnienia. Dobrze? 
Czy możemy? Koleś jest mi to jak najbardziej na rękę. Biorę w ciemno! 
-Tak. 
Mężczyzna podał mi adres pod który miałam przyjść. Wiedziałam tylko tyle, że to nie jest jakaś oklepana dzielnica, która jest niebezpieczna. Gdzie ktoś mógłby mi zrobić krzywdę. Czułam że będę tam bezpieczna, jeśli oczywiście dostanę tę pracę. Kiedy znalazłam się przed niedużym domem moje serce zaczęło jeszcze bardziej wariować. Jakby zaraz miało mi wyskoczyć z piersi i powiedzieć, że to serce jest mądrzejsze od rozumu, a nie na odwrót. Weszłam przez furtkę na posiadłość i stanęłam przed drzwiami - nacisnęłam dzwonek. Na ganku ktoś zaświecił światło, a drzwi w tym samym momencie się otworzyły. 
Przede mną stał mężczyzna, bardziej powiedziałabym, że chłopak starszy ode mnie o kilka lat. Nie był stary... patrzył na mnie swoimi dużymi zielonoszarymi oczami, choć ich kolor łamał się, i kiedy patrzyło się w nie pod innym kątem były one szaroniebieskie. Wątpię, że jest on skory do tego by zrozumieć moją dziką naturę. 
-Słucham cię? - uśmiechnął się do mnie. 
Obudziłam się z pięknego snu, a on był tym księciem... 
-Ja-ja - jąkałam się jak pomylona - to ja jestem tą dzie-wczy-ną, która dzwoniła w sprawie ogłoszenia - wydukałam, ja już tak miałam, że gdy zaczynałam się bardziej denerwować to się jąkałam. 
-Tak myślałem - zaśmiał się - wejdź do środka. 
No co ty nie powiedz piękny nieznajomy... błyskotliwość chyba nie jest twoją mocną stroną. Mnie wcale jego żart nie rozbawił. Powiem szczerze, że był żałosny, na poziomie siedmiolatka. Zostawiając jednak sprawy jego prawdziwego wieku, to patrząc na ten dom muszę powiedzieć, że nie wiem czy chcę go sprzątać. Był ogromny. Na zewnątrz nie wyglądał jak hipopotam, był mały. Przedpokój był duży i widać było, że na wprost od drzwi frontowych było przejście do salonu, który był mocno oświetlony. Po lewej stronie kuchnia z jadalnią, a po prawej przejście do schodów, które prowadziły na piętro. Rozejrzałam się w około i podziwiałam jaki jest piękny. Każdy najmniejszy szczegół był dopracowany, widać było, że ktoś bardzo dużo czasu włożył w to żeby stworzyć rodzinny klimat, taki domowy. Ciepło i bezpieczeństwo. 
Przeszedł mnie dreszcz po plecach, to uczucia, których nigdy nie zaznałam. 
-Sam tutaj mieszkasz? - zapytałam nie dowierzając temu co widzę. 
-Nie, mieszkam tutaj z kolegami, z którymi współpracuję - wyjaśnił - Jest nas pięcioro - wyszczerzył się do mnie pokazując swoje proste białe łopaty. W sumie lepsi kumple niż żona i piątka dzieci. Zmarnowałby się. Laluś. 
-Yhym - przytaknęłam - a ty to, kto? 
-Ale idiota ze mnie - no nie da się ukryć blondasku przemknęło mi przez myśl. - Jestem Chris - podał mi rękę, a ja ją ścisnęłam lekko. Przeszedł mnie niewyjaśniony dreszcz po plecach i poczułam, że robi mi się ciepło na sercu.  
Spojrzałam w oczy blondyna, który był wyższy ode mnie o półtora głowy. Patrząc mu w oczy widziałam samo dobro, szczerość i chęć pomocy. Jego oczy niebiesko-zielonoszare błyszczały jak diamenciki, jak ocean, który podczas sztormu zmienia swoje zabarwienie. Ten zniewalający odcień zwala z nóg. Daje tak wiele do myślenia. Powalają na kolana, choć stałam na nogach, więc może na łopatki? Na cokolwiek. Dosłownie. Uśmiechnął się do mnie, a w kącikach jego policzków pojawiły się dołeczki. Seksowne dołeczki, przez które czuję, że się rozpływam... 
On jest idealny, zbyt idealny. 
I d e a l n y. 
-Halo nieznajoma dziewczyno, mówię do ciebie - machał mi ręką przed twarzą, a ja się ocknęłam jakbym wcześniej była w zupełnie innym miejscu.  
-Tak! Wszystko zrozumiałam - wypaliłam, nie wiedząc tak naprawdę co do mnie mówił. 
Zaczął się śmiać, a ja nie wiedziałam co zrobiłam nie tak? 
-Pytałem tylko jak ci na imię - mówił przez śmiech. 
-Ach tak - podniosłam nieręcznie rękę do góry i dotknęłam nią karku - przepraszam. Zamyśliłam się po prostu, a ja już tak mam. Jestem Eveline Thomson - przedstawiłam się. 
-Skoro już wiem jak ci na imię - znów się do mnie uśmiechnął - przejdźmy do salonu - wskazał mi drogę. - Jeszcze tylko mi powiedz czy się czegoś napijesz? 
-Nie dziękuję. 
Nie sądziłam, że salon jest taki duży, kiedy weszłam do pokoju mogę powiedzieć, że jest dziesięciokrotnie większy od tej klitki, którą dzieliłam z trzema dzieciakami z bidula. Ściany były pomalowane na jasnoniebieski odcień, a na nich wisiały białe ramki oprawione w fotografie. Duża sofa na środku, fotele i szklana ława. Zaś z boku w kącie stała gitara, która chyba nie jedno przeszła, patrząc na jej ślady użytkowania. Czy o czymś zapomniałam? Oczywiście wielgachny telewizor na pół ściany, a na półce tuż pod nim konsola do gry. 
-Usiądź proszę - wskazał mi miejsce, a on usiadł na przeciwko mnie. - Dlaczego potrzebujesz tej pracy? 
-Ale CV nie będzie potrzebne - rzuciłam niepewnie. 
Musiałam to wiedzieć, przecież jeśli tak to moje kłamstwo się wyda. A kłamstwa Eveline nie mają krótkich nóg, mają długie i już. 
-Pytasz o to, bo...? 
-Bez powodu - zaczęłam - po prostu nie należę do tych wszystkich bystrych panienek. Wykształcenie to podstawa u mnie z tym krucho. Nigdy nie chciało mi się uczyć - przyznałam się. 
-Ej nie mów tak! - oburzył się na moje słowa, którymi siebie opisałam. - Nie ma ludzi głupich, są bardziej i mniej mądrzy. Ty z kolei wyglądasz na osobę inteligentną. Opowiedz mi coś o sobie. 
Nienawidzę tego pytania, a raczej prośby: „opowiedz mi coś o sobie”, to opowiadanie o wspaniałym życiu, które się ma, w którym przeżywa się wiele szczęśliwych dni. Pudło. Moje życie to jedna wielka porażka, ale... Na moich ustach pojawił się błogi uśmiech. Przecież mogłabym mu wcisnąć jakąś bajeczkę o tym, że przyjechałam z domu rodzinnego i szukam szczęścia na własną rękę. To byłaby jakaś myśl i on nie wiedziałby, że uciekłam. Gdyby jakimś dziwnym trafem pani Anastasia i pani Kate zapragnęły mnie szukać. One na pewno to zrobią, więc muszę mieć idealną wymówkę żeby on mi uwierzył. Muszę być przygotowana na każdą ewentualność.  
Kłamstwo w tym wypadku jest idealnym rozwiązaniem. 
-Czym się zajmują twoi rodzice? 
Pytanie za milion punktów. Czym się zajmują moi rodzice? Pewnie czymś zajebistym i ja nie mogę być częścią ich życia, bo ich nie znam. 
Odchrząknęłam i zaczęłam mówić nowo wymyśloną historię. 
-Jestem jedynaczką - zaczęłam - niestety, ale nie poszczęściło się moim rodzicom i mają tylko mnie. Bardzo sceptycznie podeszli do tego, że chcę spróbować czegoś nowego i wyjechać z rodzinnego domu. Kochają mnie - przełknęłam ślinę - ale chcą też żebym była szczęśliwa. 
Szczęście? A co to w ogóle jest szczęście? Ono nie istnieje. Krowy też są szczęśliwe, a kończą jako hamburgery. Szczerze to zaczęłam mieć obawy co do kłamstwa, ale jeszcze bardziej nie lubiłam rozmawiać o tym wszystkim co nazywało się moim wspaniałym życiem. Przyprawiało mnie to o dreszcze oraz wymioty. Sprawiało mi to ból dodatkowo mając świadomość tego, że gdzieś jest moja rodzina - rodzice, być może rodzeństwo - istnieją naprawdę, ale mnie nie chcą i to najbardziej jest tą przytłaczającą myślą. W głębi duszy mimo że nie dawałam tego po sobie poznać, to bardzo chciałabym być z nimi. 
-Nic szczególnego - machnęłam ręką. - Mogę liczyć na tę pracę Christoph? - uśmiechnęłam się lekko, spoglądając w jego stronę nieśmiało - może nie jestem za mądra, może chciałam trochę się usamodzielnić, ale sprzątać oraz gotować umiem. Dużo czasu spędziłam pomagając w kuchni. 
To akurat prawda. W domu dziecka uwielbiałam siedzieć w kuchni patrząc jak kucharki gotują. Znam się na tym jak nikt! 
-Tak dla pewności, skończyłaś osiemnaście, prawda? 
Ależ, oczywiście... oczywiście, że tak. 
Za pół roku. 
-Oczywiście, że tak - zapewniłam go. 
Za te wszystkie kłamstwa będę smażyć się w piekle. 
-Nie obraź się, ale nie dałbym ci więcej niż ukończone szesnaście lat. 
To oburzające! Ale dziękuję za komplement. Nie pochlebiaj mi Lalusiu. Jednak jego cenny komplement dał mi do myślenia. Zdałam sobie sprawę, z tego, że szukam pracy, ba być może ją znalazłam, a nie mam się gdzie podziać. Bo gdzie ja pójdę spać, pod most? Do kontenera? Nie mogłam wrócić tam skąd przyszłam, choć pewnie spostrzegli się, że zapadłam się jak kamień w wodę. Czasem chciałabym być tą małą dziewczynką, która kłóci się o misia z nielubianą koleżanką z pokoju. Swoją drogą wredna była, żeby gorzej tego nie ująć. 
-Myślę więc, że mogłabyś dla nas pracować. Jesteś miła i spokojna. Dobrze ci się z oczu patrzy. Oczywiście praca jest twoja, jeśli nie będzie przerażała cię praca u facetów, którzy nie lubią trzymać porządku i trzeba ich tego nauczyć. 
-To dobra wiadomość - mruknęłam, zastanawiając się dalej, gdzie ja będę mieszkać. - Dzięki - dodałam, patrząc na swoje dłonie. Czułam, że zaraz się rozpłaczę. 
-Czy coś się stało, bo jakoś posmutniałaś? - spytał z troską w głosie. 
-Nie... znaczy się tak - sama nie wiedziałam jak mam mu o tym powiedzieć. - Wiesz Chris ja dzisiaj przyjechałam do Chicago i tak naprawdę nie zdążyłam sobie załatwić noclegu. To była naprawdę spontaniczna decyzja - kłamstwa w moim wykonaniu brzmią jak najpiękniejsza piosenka. Mam nadzieję, że to łyknął. - Nie znalazłam nic co byłoby w porządku, a szukałam cały dzień - wzruszyłam ramionami. - Bardzo miło, że mam pracę, ale co z tego, że nie mam gdzie mieszkać. 
To był kolejny problem, którego wcześniej nie przemyślałam. Moją największą wadą było to, że moje roztrzepanie pierwsze każe mi coś robić, a potem widzę tego konsekwencje. Jednym słowem brawo ja, jestem genialna i nieidealną idealnością.

2 komentarze:

  1. Ty dobrze wiesz że ja uwielbiam to <3 Pięknie po prostu :D Ev pokazuje swoje oblicze :D Chce więcej i więcej!!!!! Buziaki :***

    OdpowiedzUsuń
  2. :) Bardzo fajne, ciekawe co będzie dalej :)

    OdpowiedzUsuń

Na każde komentarze staram się odpowiadać albo pod postem, albo na waszych blogach, dziękuje :*