2014/04/23

Recenzja #4 -  „Martyna”, Janusz Leon Wiśniewski
Po książkę sięgnęłam już dawno temu, ale nie dokończyłam jej czytać. Wydawała mi się nieciekawa. Dziś jednak odłożyłam „13 wojen i jedna prawdziwa historia reportera wojennego” i dokończyłam Marty (tak zdrobniale bohaterowie zwracają się w książce do tytułowej bohaterki - Martyny). Zaczęłam ją czytać od początku i pochłonęłam w ją niecałe dwie godziny!

Teraz mam ochotę udusić Janusza Leona Wiśniewskiego za otwarte zakończenie, które w pierwszej chwili wydało mi się urwane. Tak się nie robi, nie mi, imienniczce głównej bohaterki. Moja ciekawość teraz zżera mnie od środka, ponieważ nie wiem co dalej, mam ochotę sama dopisać kolejną część Martyna 2. „Martyna” to nowela o losach młodej kobiety, która wkracza w dorosły świat, szuka własnego miejsca i ścieżki, którą chciałaby podążyć. Książka nakreśla obraz polskiej rzeczywistości widzianej oczami studentów, a ja zgadzam się z tym w 100%.

Jeśli rację ma Reymont, który napisał, że siłę człowieka mierzy się liczbą jego nieprzyjaciół to panie z dziekanatu są supermocarstwem.

W życiu głównej bohaterki jak i jej przyjaciół dominuje ciężka nauka, praca, imprezy oraz chwile radości i smutku. Martyna przeżywa pierwsze poważne miłości i dylematy z tym związane. Poznaje Andrzeja w autobusie do Szczytna, który odstępuje jej swój bilet i myśląc, że go już nie spotka natrafia na niego dwa miesiące później w sklepie komputerowym, gdzie doradza jej w kupnie komputera. Później ich relacja się rozwija i mimo że dziewczyna zdaje sobie sprawę, że on ją kocha, to go odtrąca. Dzieję się tak, ponieważ sama nie wie, czego chce od samej siebie. W książce znajdziemy paradoks - człowiek uporczywie i wytrwale tęskniąc za szczęściem cały czas go szuka, a tak naprawdę ma go tuż obok, przed oczami. Macha do nas i krzyczy, aż w końcu dostrzeżemy jego obecność. Zwrócimy w końcu uwagę na osobę, która jest z nami od zawsze, mimo naszego zaślepienia. „Martyna” pokazuje, że każdy zasługuje na miłość i nie ma na to reguły. Po prostu taka jest prawda.



„Martyna” jest kolejną książką, która uderzyła we mnie szczerze i bez zbędnych emocji. Pokazała wrażliwość, wyrozumiałość oraz akceptację drugiego człowieka. Przyjaźń Martyny z Magdą pokazuje jak powinna wyglądać prawdziwa przyjaźń. Magda nie potrafiła się gniewać na Martynę, gdy już jednak zdarzało im się pokłócić Magda zaznaczała: 

Dzisiaj tylko osiemnaście minut, Martyna.

Dając jej do zrozumienia, że jednak ich kłótnia była niepotrzebna.

Nowela to konkret wartości w życiu codziennym i tę historię mogę polecić każdemu niezależnie od tego, czy przeczyta to kobieta, czy mężczyzna.

Ode mnie na koniec:
Myślę, że Martyna bała się zaryzykować dlatego musiała trochę pobłądzić w swoim życiu. Miała szczęście pod nosem (przystojnego Andrzeja, który opiekował się nią i jej iMacem jak relikwią w kościele. Nawet jak nie byli razem aktualizował jej komputer przez sieć wysyłając instrukcje, co i jak by wszystko wiedziała), ale nie zwróciła na niego uwagi myśląc, że to nie jest dla niej przeznaczone. Miłość, uczciwość, jej prawo do szczęścia było oczywistym, ale konieczność wyboru między obietnicą, a strachem przed konsekwencjami też była jakimś wyznacznikiem. Ucieszyłam gdy przeczytałam o Andrzeju, Marty i Tatrach, pomyślałam sobie: zuch dziewczyna, a potem trach otwarte zakończenie i co? I myśl Majciu sama co dalej, jakbyś chciała by ta historia się zakończyła. No właśnie jak...?

- Majka.

2014/04/21

Recenzja #3 - „Dotknięcie pustki”, Joe Simpson

Czas na drugą książkę Joe. Czas na Dotknięcie pustki, jesteście gotowi? :)

Książka Dotknięcie pustki jest debiutem literackim autora. Została przetłumaczona na kilkanaście języków i stała się światowym bestsellerem. Książka jest dokumentacją wyprawy w 1985 roku w masyw Cordillera Huayhuash w Andach peruwiańskich, podczas której razem ze swoim partnerem i przyjacielem Simonem Yatesem podjął próbę zdobycia szczytu Siula Grande. Wejście na szczyt i zajście miały zająć 4-5 dni. Początkowo wszystko szło dobrze. Obaj wspinacze dotarli na Siula Grande, jednak droga powrotna była trudniejsza niż mogło im się wydawać. Podczas zejścia Joe uległ wypadkowi i doznał poważnego złamania nogi, a następnie wpadł do głębokiej szczeliny lodowej, gdzie bez zwątpienia właściwie czeka się na śmierć.

„Teraz wszystko dzieje się wolniej i spokojniej. Myślenie rodzi tylko jałowe pytania niewarte odpowiedzi. Pogodziłem się z tym, że umieram. Nie może być inaczej. Już mnie to nie przeraża. Otępiałem z zimna i ni czuję żadnego bólu; przestałem odczuwać cokolwiek, chciałbym tylko zasnąć i niech się dzieje co chce. Zasnąć bez snów. Wokoło koszmar... Senność skleja powieki. Przyzywa czarna dziura - tam nie będzie bólu, czas przestanie płynąć... jak śmierć.”

Joe miał świadomość tego, że to już koniec, że nie ma już jedynie żadnego ratunku, czekał na śmierć. Jednak udało mu się przeżyć i swoją walkę o siebie oraz odczucia jakie temu towarzyszyły opisał w książce. Swoją długą i ciężką drogę pokonał skacząc na jednej nodze, czołgając się w bólu, którego nie da się opisać. Czytając jego opis towarzyszyłam mu w drodze. Musiał pokonać na prawdę wiele trudności, bólu i cierpienia nie tylko fizycznego, ale i psychicznego. Wydawało mu się nawet, że ta walka jest z góry przegrana. Chciał odpuścić, ale siła i głos, który towarzyszył mu w jego wnętrzu pozwolił mu przetrwać całą sytuację. Głos ciągle powtarzał, wręcz krzyczał: „Nie zasypiaj, idź!”. Wymyślił własną sekwencję ruchów kiedy czołgał się by go mniej bolało, powtarzając sobie to w myślach.

Okładka
Ta książka we mnie mocno i boleśnie uderzyła. Pokazała niesamowitą walkę człowieka, który w sytuacji podbramkowej, gdy brakowało sił postanowił walczyć, bo miał do stracenia najcenniejszą wartość ludzką jaką jest życie. Wzbudziła we mnie tyle odczuć i emocji, że mogę śmiało przyznać, że w mojej głowie było mnóstwo pytań, że aż trudno mi jest teraz określić jakie pytania sobie zadawałam. Tysiąc myśli na sekundę, mój horyzont myśli przekroczył barierę, a ciało zaczęło drżeć i wywoływało nieokreślony strach. Czytając Dotknięcie pustki odczuwałam wszystkie jego emocje. Czułam jakbym to ja była w tej sytuacji, a nie Joe. Jeśli pisarz potrafi tak wpłynąć na swojego czytelnika to musi być magia i talent do pisania. Inaczej nie potrafię tego wyjaśnić. Z resztą jak w przypadku wcześniejszej książki, którą recenzowałam, udało mi się zobaczyć jej ekranizację i sam Joe powiedział, że odkrył w sobie nowy talent jakim jest pisanie, które otworzyło go bardziej na uczucia, emocje i to co przeżył w swoim życiu.

„Chce mi się krzyczeć, lecz nie mogę wydobyć głosu. Jestem jak sparaliżowany, niezdolny do myślenia, zalewają mnie fale panicznego strachu. Oczekiwanie na coś niewiadomego, co przeraża, zmienia się w okrutną torturę. Z zaciśniętymi mocno powiekami, dygocząc, przyciskając hełm do ściany, wiszę bezradnie na linie, sam nie wiem, jak długo”.
Kadr z filmu Czekając na Joe
Jak zdefiniowałabym Dotknięcie pustki? To książka, która porywa czytelnika od pierwszego akapitu. Przedstawia dramatyczną, niewiarygodną, niezwykłą, trzymającą w napięciu historię. Ciężko jest się oderwać od tego by nie czytać dalej. Ja potrafiłam siedzieć całą noc nad książką i ją chłonąć bez opamiętania. Warto też wspomnieć, że Dotknięcie pustki zostało zekranizowane i w 2003 roku powstał film „Czekając na Joe”. W moim przypadku pierwsze obejrzałam film, a potem przeczytałam książkę, ale nie dlatego, że było mi wygodniej, tylko osoba, która poleciła mi tę książkę i film poradziła zacząć mi od ekranizacji, ponieważ łatwiej jest zrozumieć później książkę. Nie myliła się. Film był niesamowity, brakowało mi słów po obejrzeniu, a jak przeczytałam książkę wszystko jakoś lepiej mi się ułożyło. Książka stała się niezłym narratorem ekranizacji. Dzięki wcześniejszemu obejrzeniu potrafiłam wyobrazić sobie miejsce akcji. Byłam bliżej tego, mimo że było to tylko opisane.

Kadr z filmu Czekając na Joe

Czy kiedyś wrócę do tej książki?
Z pewnością tak!
Czy zapomnę o niej? Raczej nie, są książki, których się nie zapomina i które nie pozwalają o sobie zapomnieć, a Dotknięcie pustki jest właśnie taką książką dla mnie. Czytając ją bardziej pokochałam góry i wspinaczkę, literaturę faktu. Podsunęło mi to niesamowity pomysł do pracy licencjackiej, którą będę pisać za rok. Wszystko ma w naszym życiu jakiś cel i opowieść Joe o jego sile, determinacji, walce o samego siebie pomagają zrozumieć to, że każdy człowiek, my sami walczymy każdego dnia mimo że sami tego nie zauważamy. Warto sięgnąć po nią by dowiedzieć się trochę więcej o człowieku i o jego granicy wytrzymałości, która w przypadku Joe była bardzo szeroka i wytrzymała, bo nie pozwolił jej wygrać.

- Majka.

2014/04/18

Świątecznie :)

Jak Wasze przygotowania do Świąt? U mnie dużo pracy i jeszcze więcej bałaganu przez to, ale jakoś dzisiaj udało się w miarę wszystko zrobić. Chodzi tutaj o sałatki i placki - z tym jest najwięcej roboty tak naprawdę oraz rodzeństwo posprzątało cały dom. Na jutro zostało tylko posprzątanie kuchni doprawienie i pieczenie mięs, dekoracja ciast. To ostatnie jest moim ulubionym zajęciem, a no i oczywiście idę poświęcić koszyczek :)
W tym roku z mamą stwierdziłyśmy jednogłośnie, że wystarczy sernik, keks i wuzetka. Na przykład mój brat który ma już swoją rodzinę upiekł tylko sernik, jak ładnie stwierdził: nie lubię innych ciast, wystarczy mi sernik. 
Życie jest krótkie, jedz sernik! Też uwielbiam sernik!

Zdrowych i pogodnych Świąt Wielkanocnych, pełnych radości i spokoju. Abyście spędzili je jak najpiękniej w gronie najbliższych otoczeni miłością. No i oczywiście mokrego Śmingusa Dyngusa!

-Majka

2014/04/17

Każde marzenia są warte spełnienia
Każdy z nas ma małe i duże marzenia, a jakby sporządzić mapę marzeń, która pomogłaby nam w realizacji indywidualnych wymarzonych celów? Punktem zaczepnym aby zacząć działać i mieć siłę do udźwignięcia ciężaru to plan/lista. Mając taką listę widzimy te rzeczy, które są dla nas radością i dążymy do nich. Dzięki planowi łapiemy szczęście i dusimy go jak cytrynę, takie mam wrażenie. 

Punktem wyjścia jest to by przestać odkładać realizację na jutro czy za miesiąc. Moja babcia często powtarza: jutro będzie furo, a po jutrze dziura w futrze. Trzeba zacząć działać, to od nas zależy czy zmienimy coś w swoim życiu i postawimy sobie nowe cele dla nas nierealne bądź realne. Przecież tak naprawdę na początku wszystko jest trudne i nie da się przeskoczyć kałuży jeśli najpierw nie nauczymy się skakać. Ale gdy już się nauczymy to ominięcie kałuży staje się banalnie proste i mamy pewność, że na początku byliśmy zbyt krytyczni co do pierwszych osądów sytuacji. Jeśli dalej nie jesteśmy pewni, czasem wystarczy zmienić punkt siedzenia by pole widzenia też zmieniło swój kąt. Może to będzie kilka stopni, albo kilkadziesiąt, ale na pewno damy radę zauważyć różnicę. Bo nawet prawie robi wielką różnicę. 

Teraz pewnie kolejne pytanie rodzi się w głowie: i co dalej? Wyciąg kartkę, zeszyt, pamiętnik, długopis i otwórz na dowolnej stronie. Napisz na środku u góry Mapa marzeń i pisz, rysuj bądź naklej to co jest twoją radością i co jest dla ciebie ważne, jakich rzeczy od siebie oczekujesz i co chcesz osiągnąć, zwiedzić, powiedzieć, zaśpiewać. To przychodzi stosunkowo łatwo, bo przecież doskonale znamy swoją osobę. Wystarczy posłuchać swojego wewnętrznego ja


Mój plan:

  • Napisać moje opowiadanie do końca; 
  • Zaliczyć semestr w pierwszym terminie - bardzo ważne!; 
  • Zwiedzić Amsterdam - zakochałam się w tym mieście; 
  • Zapisać się na kurs z fotografii;
  • Przeczytać listę książek, która nie maleje, wręcz odwrotnie powiększa się o każdą nową pozycję, która jest lepsza od poprzedniej; 
  • Mieć znów długie włosy; 
  • Spotkać Leę;

Mój plan - jak widać jest bardzo prosty. Dość często dopisuje do niego nowe cele wykreślając wcześniejsze, jeśli uda mi się je osiągnąć. Lubię na bieżąco stawiać sobie nowe kolejne wyzwania. Jak coś mi się nie udaje odkładam to na potem. Zawsze mogę do tego wrócić w innym terminie, który może okazać się bardziej przychylny od tego wcześniejszego.

A u Was jak jest z marzeniami?

Buziaczki i zapraszam do polubienia mojego FP na facebooku :) !

2014/04/14

Czasem odrobina szaleństwa nie zaszkodzi
Minęłabym się z prawdą gdybym powiedziała, że w swoim życiu nie mam planu i działam po prostu bez niego. Po części możliwe, że tak jest, ale lubię mieć poczucie, że panuję nad sytuacją. Wiem wtedy, że nic mnie wielkiego nie może zaskoczyć, bo wszystko zależy tak naprawdę ode mnie. 

Jednak mam też świadomość, że niektóre sprawy dzieją się niezależnie od tego co sobie postanowimy, bo los zrobi swoje. I będzie po jego myśli. Ale dzięki niemu pokazane nam są nowe ścieżki, których jeszcze nie widzieliśmy, rozwiązania, które mogą okazać się zaskakujące i możliwe, że lepsze? Warto czasem dawać sobie szanse, mimo że nie wiemy jak będzie. Trzymając się planu można nie zwrócić uwagi na coś ważnego, co może zmienić nasze życie na lepsze. Od czasu do czasu powinniśmy wrzucić na przysłowiowy luz i pełen spontan. By spojrzeć na coś pod innym kątem i dać sobie szansę na odrobinę szaleństwa. Cokolwiek by to było!

Wspomnieniem, które jako pierwsze wysuwa się do pierwszego rzędu, by o nim opowiedzieć to wyjazd na Ostróda Reggae Festiwal 2012. Bilet kupiony w lipcu kilka dni przed 1 sierpnia, gdzie bilety kosztowały 170 zł, (ja za oszczędziłam 10 zł), ale dla biednego studenta 10 zł jest ważne.
Pamiętam, że bilet kupiłam tego samego dnia kiedy wróciłam do domu z tygodniowych wakacji nad Jeziorem Białym w Okunince. Nie wiedziałam nic. Jak pojadę, czym, o której, co zabiorę, co będę jeść, jak będę spać, czy będę mogła iść na pole namiotowe, nie miałam namiotu, karimaty, śpiwora, po prostu nic, a nic. Nie byłam przygotowana, a do festiwalu zostało 1,5 tygodnia. Jednak mimo że nic nie wiedziałam, jedno było pewne, nie było odwrotu, bilet kupiony, pieniądze przelane, więc kobieto szykuj listę i kompletuj potrzebne rzeczy. Powiem szczerze, że było ciężko wszystko sobie zorganizować, ale udało się. Spakowawszy wszystko z całym tobołem stanęłam w przedpokoju. Rodzice na mnie spojrzeli, a ja z wielkim uśmiechem na twarzy oznajmiłam, że jestem gotowa, oczywiście uprzedziłam ich o tej eskapadzie. Tata stwierdził, że jeśli chcę mogę, mama trochę gorzej uważała, że nie powinnam - byłam wtedy po drobnym zabiegu nogi i po prostu się bała. Jednak w ostatecznym rozrachunku nie mogła nic zrobić, bo bilet miałam kupiony wszystko załatwione, musiałam jechać. 
Nie żałuję tej decyzji. Miejsce okazało się być magiczne, już od pierwszej sekundy wiedziałam, że dobrze postąpiłam mimo całego zmęczenia. Nie zapomnę jak ktoś mnie zaczepił i krzyknął: Ty jesteś z Czwórki! Wpadnij do mnie, mieszkam tutaj...; musimy pogadać i się pośmiać - pomachał mi, a ja odkrzyknęłam, że na pewno będę.
Poznałam masę wspaniałych ludzi i najfajniej było gdy się zgubiłam. Ludzie których spotkałam byli wspaniali, tacy pozytywni ludzie. Nie przeszkadzało mi, że ich nie znam, przeszłam się z nimi 4 km od miejsca koncertów, tylko po to by spróbować placków ziemniaczanych. Potem wróciliśmy i siedzieliśmy śpiewając przed wejściem na pole koncertowe. Każdy inny, ale wszyscy równi. Już nie mówię o koncertach, bo tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć, by wiedzieć jak to jest. 
Zastanawiam się czy w tym roku udałoby mi się w sierpniu wyskoczyć na ORF, jednak boję się, że mój pobyt w szpitalu może to pokrzyżować, ale kto wie. W razie czego mam rok 2015 i wszystko przede mną! 

Jedna ważna uwaga ode mnie. Uważam, że spontanicznego podejścia do życia nie można się nauczyć. Człowiek uczy się go cały czas. Mimo że nam może się wydawać, że nasz przyjaciel zawsze jest spontaniczny - to nieprawda. Trzeba pamiętać, że każda decyzja ma swoje konsekwencje i trzeba brać za nie odpowiedzialność. 

Dobrej nocy!

2014/04/11

Moje must have
Po prostu żyć pięknie - jak to łatwo powiedzieć, czyż nie? Trudniej wykonać owe postanowienie i doceniać małe rzeczy, które nas otaczają. To one zazwyczaj są największą radością serca. Dzisiejsza notka to moje wiosenne must have, a także jak cieszyć się urokami wiosny. 

Zrobiłam przegląd szafy, w końcu! Okazało się, że mam dużo ubrań, o których zapomniałam, wrzucone na dno szafy niepotrzebnie się zakurzyły. W mojej garderobie przewaga sukienek i spódnic rożnego rodzaju. Pamiętam jednak, że w licealnych latach nie było mowy o sukience/spódnicy - przerażająca konieczność wyboru. Teraz nie wyobrażam sobie, abym nie mogła założyć sukienki/spódnicy, uciekam od spodni i spodenek gdzie pieprz rośnie, zdecydowanie czuję się lepiej w sukienkach, tunikach. Po prostu kobieco :)
Typy sukienek, które mam:

1. Mała czarna o klasycznym kroju, dopasowana, zdecydowanie kusi, ale bez przesady. Jest idealna, bo mogę w niej wyjść praktycznie wszędzie; na spotkanie, do pracy, knajpy, czy też na randkę;
2. Sukienka, która ma deltę na plecach;
3. Przewiewna na co dzień; 
4. Kilka imprezowych, chodzi mi tutaj o wesela, jak i imprezy w klubach; 
5. Dzianinowa, choć twierdzę, że bardziej jest to sweter; 

Także dzięki przeglądowi w szafie w końcu pozbyłam się rzeczy, których nie potrzebuję. Nie sądziłam, że ze mnie taki chomik. Kobieta jeśli chodzi o ubrania i dodatki naprawdę ma z tym problem. 


Wiosenne must have:
  • sukienka w kokardki;
  • okulary przeciwsłoneczne wzór w kwiaty;
  • spódnica w jednym kolorze, najlepiej zielona; 
  • nowe baletki; 
  • opaska na włosy;
  • sukienka vintage; 
  • sandały;
  • niewysokie szpilki;
  • nowe książki do przeczytania; 





Ciesz się wiosną! Kilka patentów, które umilają mi wiosnę, bez nich ani rusz w moim przypadku:
  • planowanie przemalowania pokoju, choć nienawidzę remontów w tym roku czeka mnie istna demolka, ciekawe jak zniesie to mój tata; 
  • sałatka owocowa, po prostu ją uwielbiam; 
  • truskawki!;
  • spotkania z przyjaciółmi, spacery oraz posiedzenia na krawężniku z moimi kochanymi Mendami; 
  • aparat nie rozstaje się z moją torebką nawet na sekundę; 
  • przejażdżki rowerowe;
  • szukanie inspiracji na kolejne tygodnie;

Na koniec piosenka z którą nie rozstaję się od kilku dni. Uwielbiam piosenkę, a teledysk dla mnie mistrzostwo.
Buziaczki!



2014/04/07

Spokojny dzień
Dzisiejszy dzień mija mi spokojnie. Pomyślałam, że dodam po prostu zdjęcia, które ostatnio udało mi się zrobić, i które przerobiłam jakoś w miarę sensowny sposób. Podobają mi się, choć może nie zrobiłam ich Bóg wie ile. Dziś cieszę się ładnym dniem za oknem. Muszę napisać projekt i zrobić zadania na uczelnię. Tak mi się nie chce. Słucham muzyki i staram się jakoś zmienić swoje nastawienie do nauki. Będzie ciężko, ale jak trzeba to trzeba, samo się nie zrobi! :) Plus do tego noga i kolano dzisiaj niemiłosiernie mnie boli, a to już nie jest fajne. Ech... no cóż, pogoda zapewne znów się zmieni. 







2014/04/04

DIY - Kokardki
Cześć :) !
Dziś postanowiłam dodać notkę pod tagiem DIY. 
Kocham kokardki, jeśli chodzi o moją osobę, w różnej postaci, kolczyków, pierścionków, wisiorków, nadruków, po prostu kokardki są moją jakąś dziwną manią ^_^ Często przyczepiam je do włosów. Dziś pokażę wam jak w prosty sposób samemu przygotować taką kokardkę. 

  1) Potrzebujemy:
- materiał;
- nożyczki;
- igłę i nici;
- ja jeszcze miałam szpilki, którymi spinałam sobie miejsca gdzie szyłam;

 2) Wycinamy sobie  jakiś skrawek materiału, zależy jak dużą chcemy mieć kokardkę. Ja stwierdziłam, że zrobię kokardkę z gumką do włosów, więc będzie ona większa.

 3) Składamy skrawek materiału tak jak na zdjęciu. Oczywiście możecie złożyć bardziej lub mniej do środka, to od was zależy i jak wam wygodniej.

 4) Teraz składamy drugie rogi do środka tak aby powstał nam taki prostokąt.

 5) Następnie ten kawałek materiału układamy w kokardkę;
 Trzymając uformowaną kokardkę bierzemy nici do dłoni i owijamy na środku, po czym zawiązujemy z tyłu aby nasza kokardka się nie rozwaliła.

6) Gdy już mamy związaną kokardkę nicią, szykujemy sobie pasek na środek aby zakryć nici. Przykładamy wybrany kolor materiału i zszywamy tyłu igłą i nitką, możemy także włożyć do środka gumkę, którą przyszyjemy, dzięki czemu nie musimy później przyklejać spinki do włosów. 

7) Tak prezentuje się moja kokardka. Ona z tyłu ma gumkę do włosów, którą przyszyłam wraz ze środkiem.

Mam nadzieję, że osobom, które tak jak ja uwielbiają kokardki pomogłam. Oczywiście do takich kokardek można przykleić spinkę, albo przypiąć agrafkę, dzięki czemu taka ozdoba może spokojnie pracować jako brożka. Fajnym elementem jest też to, że można samemu stworzyć taką kokardkę jaką chcielibyśmy mieć, przy niewielkim nakładzie pieniężnym i czasowym :)

Buziaczki! :*

2014/04/03

INSPIRACJA cz.1
Moją inspiracją w życiu staje się wiele rzeczy, które otacza mnie na co dzień. Na przykład w sobotę wracając do domu na ławce widziałam parę zakochanych, którzy siedzieli na ławce i grali w łapki. Zaśmiałam się, bo sama uwielbiam tę grę. Żałowałam, że nie miałam ze sobą aparatu, ale nic straconego, kiedyś na pewno uda mi się uchwycić podobną chwilę.
Jest kilka osób, które wykształtowały mnie i w gruncie rzeczy wciąż kształtują jako osobę. Człowiek rozwija się bezustannie aż do śmierci. Niezmiennie i od zawsze Jan Paweł II oraz Krzysztof Kamil Baczyński - uwielbiam jego twórczość. Jego wiersze mają coś w sobie, coś co ujmuje moje serce. Gdy nie wiem co mam zrobić czytam albo wiersze, albo homilie Jana Pawła II. Wystarczy chwila, aby mój nastrój jakoś się poprawił. Wystarczy czasem coś przeczytać i zrozumieć, by nabrać sił i dalej iść mimo przeciwności. Wciąż przeć naprzód pod prąd iść nurtem, pokazując, że jednak można i nie trzeba się tego bać.

Zawsze staram się znaleźć pozytyw w jakiejś negatywnej sprawie, słowie. Nie może być gorzej od tego co mamy, jeśli jest źle. Od nas samych zależy co będziemy chcieli zrobić. Oczywiście można usiąść i zapłakać nad swoim losem, bo okrutny, zły, niedobry, ale można także wstać i powiedzieć: nie! Walczyć i pokazać, na co nas stać. Tyle ile razy człowiek upada, tyle razy samo wstaje i się nie poddaje. To jest najwspanialsze w tym wszystkim, że nie ważne jak życie nam się układa, człowiek potrafi się temu przeciwstawić. Czasem potrzeba mu na to więcej czasu by do tego doszedł, a czasem tylko chwili. Sama z własnego doświadczenia wiem, że można bardzo długo siedzieć na dnie i płakać nad tym co się podziało, ale po pewnym czasie przychodzi taka niesamowita chęć zmiany, gdy mając łzy w oczach widzi się w końcu tę iskierkę nadziei na lepsze jutro. Człowiek powoli próbuje wstać, choć zapomniał jak to jest i mimo że chwieją mu się nogi próbuje zrobić pierwszy krok. Niepewny pierwszy krok, potem drugi, a przy trzecim zapomina się o tym, że nie potrafiło się zrobić pierwszego.

W moim życiu kieruję się tym kim byłam kiedyś, tym co przeżyłam i obserwacją świata i tego jak inni ludzie się zachowują w różnych sytuacjach. To zadziwiające ile wniosków można wyciągnąć z obserwacji jednego przypadkowego zdarzenia, którą się widzi. Sięgając pamięcią wstecz pamiętam doskonale jaką osobą byłam. Szczerze mogę powiedzieć, że różni się od tego co jest teraz. Ta zmiana życia, zachowania, myśli, serca, spojrzenia na świat wyszła mi na dobre.
Moi przyjaciele często podkreślają ten fakt, że jestem bardzo silną i zdeterminowaną osobą by dążyć do założonych celów i mimo że mi nie wychodzi, nie poddaję się. Wiedzą, że jestem tak upartą i tak zawziętą osobą, że dopnę swojego celu nawet gdybym miała następnego dnia umrzeć, spełnię wszystkie swoje marzenia. Nigdy nie zostawiam osób mi bliskich na pastwę własnego losu. Gdy tylko widzę, że u moich najbliższych, przyjaciół dzieje się źle odkładam wszystkie swoje zmartwienia na bok i pomagam im. Inaczej nie potrafię. Nienawidzę uczucia i myśli, że u kogoś na kim mi zależy jest okropnie i ten ktoś cierpi. Szukam sposobu na każdy możliwy sposób i zazwyczaj udaje mi się znaleźć jakieś sensowne rozwiązanie z sytuacji. Łapię się każdej możliwej drogi, rozważając za i przeciw. Dla mnie bardzo ważną wartością w życiu jest to, aby moja rodzina, przyjaciele, osoby ważne w moim życiu nie cierpiały gdy to nie jest potrzebne. Oczywiście czasem zdarza się tak, że ból jest potrzebny, wtedy jestem całym sercem i wysłuchuje pomagając w ten sposób. Inaczej nie potrafię, nie pomóc. To tak jakby jakaś cząstka mnie umarła gdybym nawet nie spróbowała.




Ostatnio zrobione na PKP RZESZÓW. Polubiłam pociągi. To dziwne, lecz prawdziwe ^_^ Następna część o inspiracji za jakiś czas. Wtedy skupię się bardziej na tym co jest teraz w moim życiu i kto jeszcze zainspirował mnie swoją osobom tak bardzo, że staram się działać podobnie.
Udanego dnia! Buśka!