2014/04/23

Recenzja #4 - Janusz Leon Wiśniewski „Martyna”
Po książkę sięgnęłam już dawno temu, ale nie dokończyłam jej czytać. Wydawała mi się nieciekawa. Dziś jednak odłożyłam „13 wojen i jedna prawdziwa historia reportera wojennego” i dokończyłam Marty (tak zdrobniale bohaterowie zwracają się w książce do tytułowej bohaterki - Martyny). Zaczęłam ją czytać od początku i pochłonęłam w ją niecałe dwie godziny!
Teraz mam ochotę udusić Janusza Leona Wiśniewskiego za otwarte zakończenie, które w pierwszej chwili wydało mi się urwane. Tak się nie robi, nie mi, imienniczce głównej bohaterki. Moja ciekawość teraz zżera mnie od środka, ponieważ nie wiem co dalej, mam ochotę sama dopisać kolejną część Martyna 2. „Martyna” to nowela o losach młodej kobiety, która wkracza w dorosły świat, szuka własnego miejsca i ścieżki, którą chciałaby podążyć. Książka nakreśla obraz polskiej rzeczywistości widzianej oczami studentów, a ja zgadzam się z tym w 100%.
Jeśli rację ma Reymont, który napisał, że siłę człowieka mierzy się liczbą jego nieprzyjaciół to panie z dziekanatu są supermocarstwem.
W życiu głównej bohaterki jak i jej przyjaciół dominuje ciężka nauka, praca, imprezy oraz chwile radości i smutku. Martyna przeżywa pierwsze poważne miłości i dylematy z tym związane. Poznaje Andrzeja w autobusie do Szczytna, który odstępuje jej swój bilet i myśląc, że go już nie spotka natrafia na niego dwa miesiące później w sklepie komputerowym, gdzie doradza jej w kupnie komputera. Później ich relacja się rozwija i mimo że dziewczyna zdaje sobie sprawę, że on ją kocha, to go odtrąca. Dzieję się tak, ponieważ sama nie wie, czego chce od samej siebie. W książce znajdziemy paradoks - człowiek uporczywie i wytrwale tęskniąc za szczęściem cały czas go szuka, a tak naprawdę ma go tuż obok, przed oczami. Macha do nas i krzyczy, aż w końcu dostrzeżemy jego obecność. Zwrócimy w końcu uwagę na osobę, która jest z nami od zawsze, mimo naszego zaślepienia. „Martyna” pokazuje, że każdy zasługuje na miłość i nie ma na to reguły. Po prostu taka jest prawda.

„Martyna” jest kolejną książką, która uderzyła we mnie szczerze i bez zbędnych emocji. Pokazała wrażliwość, wyrozumiałość oraz akceptację drugiego człowieka. Przyjaźń Martyny z Magdą pokazuje jak powinna wyglądać prawdziwa przyjaźń. Magda nie potrafiła się gniewać na Martynę, gdy już jednak zdarzało im się pokłócić Magda zaznaczała:
Dzisiaj tylko osiemnaście minut, Martyna.
Dając jej do zrozumienia, że jednak ich kłótnia była niepotrzebna. Nowela to konkret wartości w życiu codziennym i tę historię mogę polecić każdemu niezależnie od tego, czy przeczyta to kobieta, czy mężczyzna.
Myślę, że Martyna bała się zaryzykować dlatego musiała trochę pobłądzić w swoim życiu. Miała szczęście pod nosem (przystojnego Andrzeja, który opiekował się nią i jej iMacem jak relikwią w kościele. Nawet jak nie byli razem aktualizował jej komputer przez sieć wysyłając instrukcje, co i jak by wszystko wiedziała), ale nie zwróciła na niego uwagi myśląc, że to nie jest dla niej przeznaczone. Miłość, uczciwość, jej prawo do szczęścia było oczywistym, ale konieczność wyboru między obietnicą, a strachem przed konsekwencjami też była jakimś wyznacznikiem. Ucieszyłam gdy przeczytałam o Andrzeju, Marty i Tatrach, pomyślałam sobie: zuch dziewczyna, a potem trach otwarte zakończenie i co? I myśl Majciu sama co dalej, jakbyś chciała by ta historia się zakończyła. No właśnie jak...?

2014/04/21

Recenzja #3 - Joe Simpson „Dotknięcie pustki”
„Dotknięcie pustki” jest debiutem literackim autora. Została przetłumaczona na kilkanaście języków i stała się światowym bestsellerem. Książka jest dokumentacją wyprawy w 1985 roku w masyw Cordillera Huayhuash w Andach Peruwiańskich, podczas której razem ze swoim partnerem i przyjacielem Simonem Yatesem podjął próbę zdobycia szczytu Siula Grande. Wejście na szczyt i zajście miały zająć 4-5 dni. Początkowo wszystko szło dobrze. Obaj wspinacze dotarli na Siula Grande, jednak droga powrotna była trudniejsza niż mogło im się wydawać. Podczas zejścia Joe uległ wypadkowi i doznał poważnego złamania nogi, a następnie wpadł do głębokiej szczeliny lodowej, gdzie bez zwątpienia właściwie czeka się na śmierć.
„Teraz wszystko dzieje się wolniej i spokojniej. Myślenie rodzi tylko jałowe pytania niewarte odpowiedzi. Pogodziłem się z tym, że umieram. Nie może być inaczej. Już mnie to nie przeraża. Otępiałem z zimna i ni czuję żadnego bólu; przestałem odczuwać cokolwiek, chciałbym tylko zasnąć i niech się dzieje co chce. Zasnąć bez snów. Wokoło koszmar... Senność skleja powieki. Przyzywa czarna dziura - tam nie będzie bólu, czas przestanie płynąć... jak śmierć.”
Joe miał świadomość tego, że to już koniec, że nie ma już żadnego ratunku, czekał na śmierć. Jednak stało się coś nieprawdopodobnego, ponieważ udało mu się przeżyć i swoją walkę oraz odczucia, jakie temu towarzyszyły opisał w książce. Swoją długą i ciężką drogę pokonał skacząc na jednej nodze, czołgając się w bólu, którego nie da się opisać. Czytając opis wydarzeń, towarzyszyłam mu w drodze. Musiał pokonać wiele trudności, bólu i cierpienia nie tylko fizycznego, ale i psychicznego. Wydawało mu się nawet, że ta walka jest z góry przegrana. Chciał odpuścić, ale siła i głos, który towarzyszył mu w jego wnętrzu pozwolił mu przetrwać całą sytuację. Głos ciągle powtarzał, wręcz krzyczał: „Nie zasypiaj, idź!”. Wymyślił własną sekwencję ruchów kiedy czołgał się by go mniej bolało, powtarzając sobie to w myślach.


Ta książka we mnie mocno i boleśnie uderzyła. Pokazała niesamowitą walkę człowieka, który w sytuacji podbramkowej, gdy brakowało sił postanowił walczyć, bo miał do stracenia najcenniejszą wartość ludzką jaką jest życie. Wzbudziła we mnie tyle odczuć i emocji, że mogę śmiało przyznać, że w mojej głowie było mnóstwo pytań, że aż trudno mi jest teraz określić jakie pytania sobie zadawałam. Tysiąc myśli na sekundę, mój horyzont myśli przekroczył barierę, a ciało zaczęło drżeć i wywoływało nieokreślony strach. Czytając „Dotknięcie pustki” odczuwałam wszystkie jego emocje. Czułam jakbym to ja była w tej sytuacji, a nie Joe. Jeśli pisarz potrafi tak wpłynąć na swojego czytelnika to musi być magia i talent do pisania. Inaczej nie potrafię tego wyjaśnić. Z resztą jak w przypadku wcześniejszej książki, którą recenzowałam, udało mi się zobaczyć ekranizację i sam Joe powiedział, że odkrył w sobie nowy talent, jakim jest pisanie, które otworzyło go bardziej na uczucia, emocje i to co przeżył w swoim życiu.
„Chce mi się krzyczeć, lecz nie mogę wydobyć głosu. Jestem jak sparaliżowany, niezdolny do myślenia, zalewają mnie fale panicznego strachu. Oczekiwanie na coś niewiadomego, co przeraża, zmienia się w okrutną torturę. Z zaciśniętymi mocno powiekami, dygocząc, przyciskając hełm do ściany, wiszę bezradnie na linie, sam nie wiem, jak długo”.
Jak zdefiniowałabym „Dotknięcie pustki”? To książka, która porywa czytelnika od pierwszego akapitu. Przedstawia dramatyczną, niewiarygodną, niezwykłą, trzymającą w napięciu historię. Ciężko jest się oderwać od tego by nie czytać dalej. Ja potrafiłam siedzieć całą noc nad książką i ją chłonąć bez opamiętania. Warto też wspomnieć, że „Dotknięcie pustki” zostało zekranizowane i w 2003 roku powstał film „Czekając na Joe”. W moim przypadku pierwsze obejrzałam film, a potem przeczytałam książkę, ale nie dlatego, że było mi wygodniej, tylko osoba, która poleciła mi tę książkę i film poradziła zacząć mi od ekranizacji, ponieważ łatwiej jest zrozumieć później książkę. Nie myliła się. Film był niesamowity, brakowało mi słów po obejrzeniu, a jak przeczytałam książkę wszystko jakoś lepiej mi się ułożyło. Książka stała się niezłym narratorem ekranizacji. Dzięki wcześniejszemu obejrzeniu potrafiłam wyobrazić sobie miejsce akcji. Byłam bliżej tego, mimo że było to tylko opisane.

Czy kiedyś wrócę do tej książki? Z pewnością tak!
Czy zapomnę o niej? Nie, ponieważ są książki, których się nie zapomina i które nie pozwalają o sobie zapomnieć, a „Dotknięcie pustki” jest właśnie taką książką dla mnie. Czytając ją bardziej pokochałam góry i wspinaczkę, literaturę faktu. Podsunęło mi to niesamowity pomysł do pracy licencjackiej, którą będę pisać za rok. Wszystko ma w naszym życiu jakiś cel i opowieść Joe o jego sile, determinacji, walce o samego siebie pomagają zrozumieć to, że każdy człowiek, my sami walczymy każdego dnia mimo że sami tego nie zauważamy. Warto sięgnąć po nią by dowiedzieć się trochę więcej o człowieku i o jego granicy wytrzymałości, która w przypadku Joe była bardzo szeroka i wytrzymała, bo nie pozwolił jej wygrać.